- Gdzie do cholery jest Casper?! - usłyszałem groźny tembr głosu Tulleya.
- Tutaj - nonszalanckim krokiem wyszedłem zza bordowej kurtyny.
- Jutro ćwiczymy akt trzeci, nie spóźnij się. Na dzisiaj to wszystko - zakomunikował.
Odwróciłem się w stronę reszty aktorów.
Sydney właśnie przymierzała swój kostium. Miała na sobie długą, białą suknię, która łagodnie ciągnęła się za jej krokami po ziemi. Była wykonana z klarownego materiału. Doskonale było widać jej perłową bieliznę wykończoną koronką.
Otulona mgłą rozmawiała ze scenografem.
- Co u ciebie, Shelley? - skrzyżowałem ręce na klatce piersiowej uśmiechając się zawadiacko.
Nie wysiliła się nawet na przelotne spojrzenie.
- Masz ładną pupę - złapałem jej zaokrąglony podbródek.
Wzdrygnęła się. Przyłożyłem palec wskazujący do jej pełnych warg.
- Daj mi spokój - odpowiedziała oschłym tonem.
Zaśmiałem się ironicznie.
- Tu nie chodzi o ciebie, zrozum słońce - zatrzymałem dłoń na jej szczupłym nadgarstku.
- Więc o co?
Pod równym łukiem brwi, stal jej spojrzenia błysnęła groźnie.
- Czasami kiedy chcemy wiedzieć za dużo, możemy dodatkowo ucierpieć. Prawda jest jak ogień. Parzy.
Jej źrenice znacznie się rozszerzyły.
- Do zobaczenia, mała - puściłem jej oko i wyszedłem z sali.
Krople deszczu wybijały głuchy rytm o nierówny chodnik. W kałużach odbijał się rozmyty blask gwiazd. Uliczne psy wyły i szczekały. Na wietrze tułały się różnokolorowe liście.
Stojąc przy ulicy, zobaczyłem zarys jej sylwetki.
- Możemy mieć to już za sobą? - westchnęła cicho.
Podałem jej plecak. Otworzyłem drzwi samochodu.
Zawiozłem ją nad Wielki Staw umiejscowiony w południowej części Bergen. Kiedy dojechaliśmy, było po dwudziestej pierwszej.
Przy brzegu wody stała niewielka altana dla wędkarzy.
Wyraźnie oczarowana tym widokiem, wyszła z pojazdu.
- Dlaczego mnie tutaj zabrałeś?
- Zobaczysz - z plecaka wyjąłem lampion. - Zapal - podałem jej ostatnią zapałkę. - Chodź.
Słyszałem za sobą jej równy krok. Prowadziłem ją przez błotnistą ścieżką przy wodzie.
- To tutaj.
Spojrzała się na mnie znacząco.
- No wchodź - popędziłem ją.
- Żartujesz? nie wejdę na to z tobą - postukała się w czoło.
- Czyli zostajesz? - uniosłem brew.
Warknęła.
Niepewnie weszła do łódki. Usiadła na belce, która trzymała się na jej krawędziach. Zepchnąłem ją z brzegu do wody, a następnie sam wskoczyłem do środka. Złapałem za wiosło.
Włosy Sydney pozlepiały się przez deszcz. Na jej polikach osadziły się pojedyncze, okrągłe krople cieczy.
Siedziała skulona trzymając w delikatnych, słabych dłoniach lampion. Wyglądały tak, jakby zaraz miały pokruszyć się na milion drobnych kawałeczków pod ciężarem światełka.
Bacznie mi się przyglądała.
- Zayn... - wyszeptała.
- Zayn? - zapytałem cicho.
Mój niespokojny oddech rozbrzmiewał echem po niczym niezmąconych zakamarkach ciemności.
Odsunęła się ode mnie z obawą.
Pozwoliłem ciszy przejąć kontrolę nad czasem.
- A więc znasz już prawdę?
Pokiwała głową.
- Dobrze rozegrane - wysiliłem się na łobuzerski uśmiech.
- Casper, kim dla ciebie jest mój ojciec? - zmarszczyła brwi.
- Domyśl się.
- Niemożliwe... - zacisnęła długie palce na brzegu łódki. - Nie możesz być moim bratem - wypowiedziała niemalże niesłyszalnie.
- Nie jestem.
Wzięła głęboki, astmatyczny oddech.
- W takim razie, kim jesteś?
- Twój ojciec to mój ojczym.
Przysunąłem się bliżej niej. Spokojnie dryfowaliśmy na płaszczyźnie atramentowej wody.
- Shelley, twój ojciec zginął.
- Słucham? - wyszeptała głucho.
- Nie potrafię powiedzieć ci wszystkiego. Rozumiesz? Nie potrafię - mocno zacisnąłem palce na jej ramionach. Cicho zajęczała.
Schowała swoją twarz w dłonie.
- Przestań! - złapałem gorliwie jej nadgarstki i odepchnąłem do tyłu. - Poznał moją matkę, kiedy przyjechał do Anglii. Byli ze sobą, dopóki nie zachorowała na gruźlicę. On jak zwykły tchórz się wycofał i wyjechał. Rozumiesz?! Zostawił ją! - wysyczałem szarpiąc kołnierz jej granatowego płaszcza.
- Czyli nie zginął - wypowiedziała szeptem.
Mój zimny oddech drażnił skórę jej szyi. Dłonie wciąż zaciśnięte na kurtce, nie poluźniały uścisku.
- Mam nadzieję, że nie żyje.
- Czego chcesz ode mnie?! - krzyknęła.
- Chciał przyjechać właśnie tutaj, do ciebie. Zostawił moją matkę dla ciebie, rozumiesz? Ona kochała go jak głupia, a w momencie w którym najbardziej go potrzebowała, odszedł. Chciałem, żebyś cierpiała tak jak ona. Żebyś poczuła na własnej skórze, jak to jest stracić ukochanego. Harry miał mi w tym pomóc.
- I tylko po to tu przyjechałeś? Po zemstę?
- Chciałem spojrzeć w oczy twojemu ojcu i powiedzieć jak bardzo go nienawidzę.
- To chore, Zayn
- Nie jestem Zayn - warknąłem. - Te wszystkie blizny, Shelley... One nie są przypadkiem i nie są skutkiem mojej przeszłości. Są z winy twojego ojca.
- Nie mam nic wspólnego z bólem twojej matki, ani twoim.
- Jesteś zupełnie taka sama jak tatuś. Nigdy nie jesteś winna - powiedziałem ironicznie.
Uderzyła mnie z w twarz otwartej dłoni.
- Dlaczego nie potrafię ciebie zranić? - zacisnąłem zęby i pięści. Knykcie moich dłoni zbielały.
Jej oddech był szybki. Z przejęciem patrzyła w moje oczy.
- Do tej pory wychodziło ci całkiem dobrze - mruknęła.
- Może wiele przeszłaś, ale o życiu tak na prawdę nie masz pojęcia.
- A ty masz?
- Nie powiedziałem tego.
Zeszła z belki. Usiadła na piętach, na przeciw mnie.
Zacisnęła wargi. Uspokoiła się. Teraz oddychała spokojnie, wolno.
- Są rzeczy, o które powinno się walczyć do końca - złapała moją dłoń. Moje palce były odrętwiałe, drżały.
Jej spojrzenie było tak pokrzepiające...
- Nie mam już o co walczyć.
Jej ciepły dotyk budził dreszcze na całym ciele. Złapała moje ramię, pocałowała mnie w policzek. Widziałem rysy jej twarzy i błyszczące tęczówki, które były niemal tak jasne jak księżyc.
- Tak łatwo jest się zagubić. Stracić z oczu to, co najważniejsze na rzecz tych niewielkich spraw, nieistotnych. Zamiast skupiać się na tym, co straciłeś, pomyśl o tym co ci zostało.
- Na prawdę myślisz, że wszystko jest takie proste? Walka z samym sobą, ze wspomnieniami...
- Nie walcz. Żyj - przesunęła opuszki palców wzdłuż moich kości policzkowych.
- Życie to walka - zacisnąłem palce na krawędziach łódki, której widoczne były jedynie kontury.
Zebrała włosy, opuściła je łagodnie na swoje ramię. Teraz brązowe fale spływały po jej dekolcie i biuście. Usiadła obok mnie i położyła głowę w zagłębieniu mojego ramienia.
Trwaliśmy w ciszy.
Sydney co jakiś czas jedynie pociągała nosem.
Po czasie jej dłoń osunęła się w wzdłuż talii, a ciało się rozluźniło.
Zasnęła.
Zwinąłem kurtkę, a następnie położyłem ją pod jej głowę.
Złapałem za wiosło.
Zacumowałem łódkę do brzegu.
***
Sięgnęłam po napój.
Na stoliku nocnym, oprócz oranżady stało jeszcze drewniane pudełko w kolorze bladoróżowym. U jego boku, wisiała biała wstążeczka.
Kiedy tylko je otworzyłam, usłyszałam cichą melodię. Pozytywka nie należała do mnie. Widziałam ją pierwszy raz w życiu.
Ponownie otworzyłam wieczko. Na samym dnie leżała niewielka karteczka.
"Może jeszcze kiedyś się zobaczymy.
Trzymaj się, Shelley"
Przesunęłam palcami po starannie wygładzonym sosnowym drewnie.
Miałam już dość pytań.
Miałam już dość zagadek.
Miałam już dość jego bezczelnie cudownego spojrzenia, które za każdym razem mnie onieśmielało.
Miałam już dość wszystkiego.
_________________________________
W którym momencie pęka niebo? W tym, w którym przestajesz czuć siebie w sobie.
Wybaczcie, że nie było Harrego, ale chciałam się skupić na głównym wątku.
Brakuje mi czasu... Motywacji... Nie wiem kiedy będzie następny. Postaram się dodać szybko.
Przepraszam, jeśli zawiodłam.
Pozdrawiam, Ameliaxoxo