niedziela, 11 listopada 2012

11. Nie walcz. Żyj.

http://www.youtube.com/watch?v=ozb76Kj2vDQ

- Gdzie do cholery jest Casper?! - usłyszałem groźny tembr głosu Tulleya.
- Tutaj - nonszalanckim krokiem wyszedłem zza bordowej kurtyny.
- Jutro ćwiczymy akt trzeci, nie spóźnij się. Na dzisiaj to wszystko - zakomunikował.
Odwróciłem się w stronę reszty aktorów.
Sydney właśnie przymierzała swój kostium. Miała na sobie długą, białą suknię, która łagodnie ciągnęła się za jej krokami po ziemi. Była wykonana z klarownego materiału. Doskonale było widać jej perłową bieliznę wykończoną koronką.
Otulona mgłą rozmawiała ze scenografem.
- Co u ciebie, Shelley? - skrzyżowałem ręce na klatce piersiowej uśmiechając się zawadiacko.
Nie wysiliła się nawet na przelotne spojrzenie.
- Masz ładną pupę - złapałem jej zaokrąglony podbródek.
Wzdrygnęła się. Przyłożyłem palec wskazujący do jej pełnych warg.
- Daj mi spokój - odpowiedziała oschłym tonem.
Zaśmiałem się ironicznie.
- Tu nie chodzi o ciebie, zrozum słońce - zatrzymałem dłoń na jej szczupłym nadgarstku.
- Więc o co?
Pod równym łukiem brwi, stal jej spojrzenia błysnęła groźnie.
- Czasami kiedy chcemy wiedzieć za dużo, możemy dodatkowo ucierpieć. Prawda jest jak ogień. Parzy.
Jej źrenice znacznie się rozszerzyły.
- Do zobaczenia, mała - puściłem jej oko i wyszedłem z sali.

Krople deszczu wybijały głuchy rytm o nierówny chodnik. W kałużach odbijał się rozmyty blask gwiazd. Uliczne psy wyły i szczekały. Na wietrze tułały się różnokolorowe liście.
Stojąc przy ulicy, zobaczyłem zarys jej sylwetki.
- Możemy mieć to już za sobą? - westchnęła cicho.
Podałem jej plecak. Otworzyłem drzwi samochodu.
Zawiozłem ją nad Wielki Staw umiejscowiony w południowej części Bergen. Kiedy dojechaliśmy, było po dwudziestej pierwszej.
Przy brzegu wody stała niewielka altana dla wędkarzy.
Wyraźnie oczarowana tym widokiem, wyszła z pojazdu.
- Dlaczego mnie tutaj zabrałeś?
- Zobaczysz - z plecaka wyjąłem lampion. - Zapal - podałem jej ostatnią zapałkę. - Chodź.
Słyszałem za sobą jej równy krok. Prowadziłem ją przez błotnistą ścieżką przy wodzie.
- To tutaj.
Spojrzała się na mnie znacząco.
- No wchodź - popędziłem ją.
- Żartujesz? nie wejdę na to z tobą - postukała się w czoło.
- Czyli zostajesz? - uniosłem brew.
Warknęła.
Niepewnie weszła do łódki. Usiadła na belce, która trzymała się na jej krawędziach. Zepchnąłem ją z brzegu do wody, a następnie sam wskoczyłem do środka. Złapałem za wiosło.
Włosy Sydney pozlepiały się przez deszcz. Na jej polikach osadziły się pojedyncze, okrągłe krople cieczy.
Siedziała skulona trzymając w delikatnych, słabych dłoniach lampion. Wyglądały tak, jakby zaraz miały pokruszyć się na milion drobnych kawałeczków pod ciężarem światełka.
Bacznie mi się przyglądała.
- Zayn... - wyszeptała.
- Zayn? - zapytałem cicho.
Mój niespokojny oddech rozbrzmiewał echem po niczym niezmąconych zakamarkach ciemności.
Odsunęła się ode mnie z obawą.
Pozwoliłem ciszy przejąć kontrolę nad czasem.
- A więc znasz już prawdę?
Pokiwała głową.
- Dobrze rozegrane - wysiliłem się na łobuzerski uśmiech.
- Casper, kim dla ciebie jest mój ojciec? - zmarszczyła brwi.
- Domyśl się.
- Niemożliwe... - zacisnęła długie palce na brzegu łódki. - Nie możesz być moim bratem - wypowiedziała niemalże niesłyszalnie.
- Nie jestem.
Wzięła głęboki, astmatyczny oddech.
- W takim razie, kim jesteś?
- Twój ojciec to mój ojczym.
Przysunąłem się bliżej niej. Spokojnie dryfowaliśmy na płaszczyźnie atramentowej wody.
- Shelley, twój ojciec zginął.
- Słucham? - wyszeptała głucho.
- Nie potrafię powiedzieć ci wszystkiego. Rozumiesz? Nie potrafię - mocno zacisnąłem palce na jej ramionach. Cicho zajęczała.
Schowała swoją twarz w dłonie.
- Przestań! - złapałem gorliwie jej nadgarstki i odepchnąłem do tyłu. - Poznał moją matkę, kiedy przyjechał do Anglii. Byli ze sobą, dopóki nie zachorowała na gruźlicę. On jak zwykły tchórz się wycofał i wyjechał. Rozumiesz?! Zostawił ją! - wysyczałem szarpiąc kołnierz jej granatowego płaszcza.
- Czyli nie zginął - wypowiedziała szeptem.
Mój zimny oddech drażnił skórę jej szyi. Dłonie wciąż zaciśnięte na kurtce, nie poluźniały uścisku.
- Mam nadzieję, że nie żyje.
- Czego chcesz ode mnie?! - krzyknęła.
- Chciał przyjechać właśnie tutaj, do ciebie. Zostawił moją matkę dla ciebie, rozumiesz? Ona kochała go jak głupia, a w momencie w którym najbardziej go potrzebowała, odszedł. Chciałem, żebyś cierpiała tak jak ona. Żebyś poczuła na własnej skórze, jak to jest stracić ukochanego. Harry miał mi w tym pomóc.
- I tylko po to tu przyjechałeś? Po zemstę?
- Chciałem spojrzeć w oczy twojemu ojcu i powiedzieć jak bardzo go nienawidzę.
- To chore, Zayn
- Nie jestem Zayn - warknąłem. - Te wszystkie blizny, Shelley... One nie są przypadkiem i nie są skutkiem mojej przeszłości. Są z winy twojego ojca.
- Nie mam nic wspólnego z bólem twojej matki, ani twoim.
- Jesteś zupełnie taka sama jak tatuś. Nigdy nie jesteś winna - powiedziałem ironicznie.
Uderzyła mnie z w twarz otwartej dłoni.
- Dlaczego nie potrafię ciebie zranić? - zacisnąłem zęby i pięści. Knykcie moich dłoni zbielały.
Jej oddech był szybki. Z przejęciem patrzyła w moje oczy.
- Do tej pory wychodziło ci całkiem dobrze - mruknęła.
- Może wiele przeszłaś, ale o życiu tak na prawdę nie masz pojęcia.
- A ty masz?
- Nie powiedziałem tego.
Zeszła z belki. Usiadła na piętach, na przeciw mnie.
Zacisnęła wargi. Uspokoiła się. Teraz oddychała spokojnie, wolno.
- Są rzeczy, o które powinno się walczyć do końca - złapała moją dłoń. Moje palce były odrętwiałe, drżały.
Jej spojrzenie było tak pokrzepiające...
- Nie mam już o co walczyć.
Jej ciepły dotyk budził dreszcze na całym ciele. Złapała moje ramię, pocałowała mnie w policzek. Widziałem rysy jej twarzy i błyszczące tęczówki, które były niemal tak jasne jak księżyc.
- Tak łatwo jest się zagubić. Stracić z oczu to, co najważniejsze na rzecz tych niewielkich spraw, nieistotnych. Zamiast skupiać się na tym, co straciłeś, pomyśl o tym co ci zostało.
- Na prawdę myślisz, że wszystko jest takie proste? Walka z samym sobą, ze wspomnieniami...
- Nie walcz. Żyj - przesunęła opuszki palców wzdłuż moich kości policzkowych.
- Życie to walka - zacisnąłem palce na krawędziach łódki, której widoczne były jedynie kontury.
Zebrała włosy, opuściła je łagodnie na swoje ramię. Teraz brązowe fale spływały po jej dekolcie i biuście. Usiadła obok mnie i położyła głowę w zagłębieniu mojego ramienia.
Trwaliśmy w ciszy.
Sydney co jakiś czas jedynie pociągała nosem.
Po czasie jej dłoń osunęła się w wzdłuż talii, a ciało się rozluźniło.
Zasnęła.
Zwinąłem kurtkę, a następnie położyłem ją pod jej głowę.
Złapałem za wiosło.
Zacumowałem łódkę do brzegu.

***

Chwyciłam w dłonie rąbki prześcieradła. Wyciągnęłam się leniwie. Było po czwartej. Zapaliłam światło w pokoju.
Sięgnęłam po napój.
Na stoliku nocnym, oprócz oranżady stało jeszcze drewniane pudełko w kolorze bladoróżowym. U jego boku, wisiała biała wstążeczka.
Kiedy tylko je otworzyłam, usłyszałam cichą melodię. Pozytywka nie należała do mnie. Widziałam ją pierwszy raz w życiu.
Ponownie otworzyłam wieczko. Na samym dnie leżała niewielka karteczka.

"Może jeszcze kiedyś się zobaczymy. 
                                                         Trzymaj się, Shelley"

Przesunęłam palcami po starannie wygładzonym sosnowym drewnie.
Miałam już dość pytań.
Miałam już dość zagadek.
Miałam już dość jego bezczelnie cudownego spojrzenia, które za każdym razem mnie onieśmielało.
Miałam już dość wszystkiego.
_________________________________
W którym mo­men­cie pęka niebo? W tym, w którym przes­ta­jesz czuć siebie w sobie.

Wybaczcie, że nie było Harrego, ale chciałam się skupić na głównym wątku.
Brakuje mi czasu... Motywacji... Nie wiem kiedy będzie następny. Postaram się dodać szybko.
Przepraszam, jeśli zawiodłam.
Pozdrawiam, Ameliaxoxo

niedziela, 4 listopada 2012

10. Balansuję tak pomiędzy miłością, a nienawiścią.


http://www.youtube.com/watch?v=LVsrP9OJ6PA

Nasunęłam na stopy nowe, futrzane kapcie, które pokusiłam się kupić. Od ciągłego studiowania książek, niemiłosiernie bolały mnie oczy.
Był piątkowy wieczór.
Leniwy, piątkowy wieczór - lubiłam takie.
Rzuciłam się na kanapę. Sięgnęłam po pilota nie mając nawet siły, żeby przełączyć kanał.
Tępym wzrokiem gapiłam się na kobietę usiłującą wcisnąć naiwnym ludziom jakiś "cudowny pas wyszczuplający" w telezakupach.
Po chwili, przysiadła się do mnie matka. Nawet nie zauważyłam, kiedy weszła do domu.
- Co tu robisz? - zapytałam znudzonym głosem.
- Chciałam spędzić trochę czasu z moją małą córeczką - poczochrała moje włosy. Objęła mnie ramieniem. - Co oglądamy?
- Telezakupy - sięgnęłam po opaskę, żeby móc nią zaczesać włosy do tyłu. - Co, facet cię wystawił?
- Umówiłam się z akwizytorem, ale miał małego, więc ubrałam się i wróciłam do domu.
Zmierzyłam ją groźnym wzrokiem, ale ta tylko wybuchnęła śmiechem.
- Spokojnie, Sydney! Żartuję tylko! - szturchnęła mnie łokciem.
- Boże, mam nienormalną matkę - spojrzałam się w sufit.
- Leć lepiej do kuchni zrobić nam popcorn, szybciutko.
Zgramoliłam się z kanapy, a kiedy tylko nadeszła okazja, rodzicielka klepnęła mnie w tyłek.
- Te, mamuśka! Nie pozwalaj sobie - pouczyłam ją palcem.
Może mojej matce brakowało do wzoru wszelkich cnót, ale najgorsza też nie była.
Tak więc wieczór spędziłyśmy razem obżerając się popcornem.
Było zadziwiająco miło.

Odpaliłam notebooka. Włączyłam piosenkę Amy Winehouse, po czym zalogowałam się na pocztę.
Odczytałam wczorajszą wiadomość od Harrego. Napisałam do niego.
Był zalogowany.
Odpisał.

"Cieszę się, że masz dobre relacje z matką. Może nawet trochę zazdroszczę..."

Moje palce sztywno stukały w klawiaturę. Siłowałam się z klawiszem "enter", aż w końcu zdobyłam się na odwagę.
Poszło.

"Jak zginęli Twoi rodzice?"
Czekałam na odpowiedź nie odstępując notebooka. Wodziłam wzrokiem po ekranie.
1 nowa wiadomość.

"Kto powiedział, że zginęli?"

Na łóżko wskoczyła Shy. Położyła się wygodnie, kładąc główkę na moich ubraniach. Krótki dźwięk poinformował mnie o nowej wiadomości:

"Moja matka  zostawiła mnie i ojca, kiedy byłem mały. Była dla mojego taty całym światem. Nie mógł sobie poradzić z jej odejściem, więc zaczął pić. Dla dziewięciolatka widok pijanego ojca to na prawdę niezła masakra. Chyba znasz ten ból, prawda?
Ale alkohol wcale nie jest powodem, dla którego odebrano mu prawa rodzicielskie.  W tym momencie mój tata odsiaduje wyrok w więzieniu. Nigdy nie dowiedziałem się, za co tak na prawdę poszedł siedzieć, bo nawet ciotka nie rozmawiała ze mną na ten temat. 
Nie mam do niego pretensji. Zabłądził, pogubił się. Wiem tylko, że w gruncie rzeczy jest dobrym człowiekiem i żałuję, że nie potrafiłem mu tego powiedzieć. 
Dzięki niemu zrozumiałem, że nie tylko  sukcesy i przyjemności kształtują człowieka. Porażki i ból uczą przetrwania. Dają siłę, żeby móc odbić się od dna. Tak na prawdę, tylko ode mnie zależało, czy się podniosę, czy poddam. 
Chyba wiesz, co wybrałem..."

Nie poddał się.

***
Pomieszczenie oświetlał jedynie wąski klin księżycowego blasku. Było kilka minut po dwudziestej trzeciej, kiedy usłyszałem, że ktoś dobija się do drzwi.
- Otwórz, do cholery!
To był głos Sydney.
Na widok mojego ciała okrytego samą podkoszulką i bokserkami, wyraźnie się speszyła.
- Tak? - oparłem się o framugę drzwi.
Spoliczkowała mnie.
- Nienawidzę cię! Słyszysz? Nienawidzę! - zahaczyła palce o moją cienką podkoszulkę.
Jej ubrania były przesączone zapachem papierosów. Miała przekrwione gałki oczne. Chwiejnym krokiem weszła do mojego mieszkania. Ciągnęła się za nią woń taniego alkoholu.
- Nieźle się schlałaś, Shelley - mruknąłem obojętnie.
- Nie jestem pijana - wysepleniła z trudem.
- Chodź, odprowadzę cię do domu - ubrałem kurtkę i buty.
- Nigdzie nie idę - wyrwała się. - Przyszłam tu, żeby ci dokopać - krzyknęła z zaciętą miną.
Włożyła dłonie do tylnych kieszeni moich spodni. Polizała mój policzek. - Jesteś słodki, wiesz? - zachichotała.
Złapałem ją w biodrach i przerzuciłem przez ramię. Zaczęła krzyczeć i walić pięściami w moje plecy. Dopiero wymioty przerwały atak wściekłości i złości. Przy okazji porządnie ubrudziły moją kurtkę...

Dziewczyna mieszkała piętnaście minut drogi od mojego domu.
Drzwi były otwarte.
Położyłem ją na kanapę stojącą w salonie. Przykryłem kocem. Długie, posklejane rzęsy okalały amarantowe rumieńce. Podszedłem do drzwi.
- Caspi? - szepnęła cienkim głosem. Ściągnąłem dłoń z klamki. Uklęknąłem przy jej łóżku.  - Ja wiem, że ty nie zrobisz mi krzywdy. Nie boję się ciebie - poprowadziła palce po moim poliku.
Poczułem, jak twarde kolce przebijają się przez moją szorstką skórę docierając do serca.
Uświadomiłem sobie, że ma rację.
- Jesteś taki przystojny - spojrzała się na mnie niewinnie.
Musnąłem jej usta, przesunąłem językiem po jej zębach.
- Udajesz taką twardą, a mimo to, pozwalasz mi cię całować. Jesteś śmieszna, Shelley - odgarnąłem grzywkę z jej czoła.
- Odsuń się, bo śmierdzisz - odepchnęła mnie od siebie z grymasem małego dziecka.
- Nie wiem czy wiesz, ale to przez ciebie - połaskotałem ją. Zaczęła śmiać się i krzyczeć na przemian. - Cicho, bo jeszcze obudzisz matkę - zaśmiałem się.
- Podobasz mi się - przygryzła wargę.
- Trzymaj się, mała - pocałowałem ją w czoło.
- Nie zostawiaj mnie, proszę - splotła nasze palce ze sobą.
- Nie zostawię, nie potrafię - spojrzałem w jej tęczówki budzące mrowienie na całym ciele. Wszystkie moje twarde przekonania, silne poglądy i wyznaczone cele były jak stabilny mur. W jej spojrzeniu mur ten się kruszył, pustoszał. Jej dotyk był jak uwolnienie od bólu codzienności.
Zapach jej skóry...
Blada, delikatna cera...
Długie rzęsy przykrywające wiecznie zmęczone oczy...
Melodyjny śmiech...
Zasnęła.
Opuściłem jej dom. Wracając wypaliłem ostatniego papierosa. Niekontrolowane, sprzeczne myśli wzbijały się w powietrze. Jak prawdziwy tchórz, bałem się własnych wspomnień. Słyszałem cichy śmiech wiatru.
Balansowałem tak, między miłością, a nienawiścią...

***

Szła pewnym krokiem trzymając książkę pod ręką.
Cała Sydney.
Jej oczy były podkrążone. Zdradliwe, przetłuszczone kosmyki wysunęły się spod czapki pieszcząc skronie.
Pocałowałem ją w policzek.
- Ciężki dzień?
- Wyglądam aż tak źle? - zarumieniła się. - Trochę wczoraj przesadziłam z alkoholem - podrapała się po karku.
- Mam nadzieję, że nie zrobiłaś nic głupiego - roztarłem kciukami sińce pod jej oczami.
- Nie - uśmiechnęła się wesoło. - Obudziłam się w salonie na kanapie.
Po chwili spoważniała, co nie spowodowało zgaśnięcia chochlików w jej oczach.
- Dziękuję - wtuliła się we mnie. - Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że mi ufasz. To wszystko co mi wczoraj napisałeś... - spięła w kreskę spierzchnięte wargi.
- Ufam ci, Sydney - przycisnąłem ją do siebie. - Zaufanie to podstawa związku.
Pierwszy raz, oficjalnie użyłem tego słowa. Na twarzy dziewczyny zajaśniał promienny uśmiech. Nieśmiało pocałowała mnie w usta.
- Chodź, chcę ci coś pokazać... - wyszeptałem gorliwie, po czym zabrałem ją do swojego mieszkania.

Do jednej z filiżanek nalała soku pomarańczowego. Usiadła na czarnej pufie wypełnionej mnóstwem styropianowych kuleczek.
- Kiedy przeprowadziłem się do babki, napisałem piosenkę - zdjąłem gitarę ze stojaka. Na trzeci próg nałożyłem kapodaster.
- Nie wiedziałam, że piszesz.
- Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz - jeden kącik ust machinalnie uniósł się do góry.
- To tym uśmiechem owijasz sobie dziewczyny wokół palca? - ściągnęła brwi obserwując mnie dociekliwie.
- Nie wszystkie, ale niektóre na to idą - złapałem za gryf patrząc na jej biały uśmiech oprawiony malinowymi, błyszczącymi wargami.
Płynne dźwięki gitary przerwały wibracje, które poczułem w przedniej kieszeni spodni.
Przeprosiłem Sydney.
Odszedłem na bok.
Widziałem, jak zniecierpliwiona macha kolanami na boki.
Kiedy skończyłem rozmowę, niepewnym krokiem podszedłem do dziewczyny. Ukucnąłem przed nią. Spojrzała na mnie zatroskanym wzrokiem.
- Chyba wiem, kim jest kobieta z tamtego zdjęcia - złapałem jej dłonie. - Wykonałem kilka telefonów. Mieszka w Anglii, w Birmingham - w jej oczach zapłonęły iskry pełne nadziei. Możliwość skontaktowania się z nią, pomogłaby nam poznać odpowiedzi na tak wiele pytań...
- Sydney, wiem też, że chłopak ze zdjęcia wcale się nie nazywał Casper Thacher - zlustrowała mnie zatrwożonym spojrzeniem. - On nazywał się Zayn Malik... Mówi ci to coś?
_____________________________________________
Opóźniony.
Nudny.
Wiem.
Przepraszam najmocniej, ale nie miałam dostępu do internetu. Ostatni rozdział dodała moja przyjaciółka, czego nie mogła wczoraj zrobić ponownie, więc postanowiłam, że poczekam jeszcze jeden dzień, aż wrócę do domu.
Także rozdział jest dzisiaj. Średniej długości, ale mam nadzieję, że chociaż trochę zasługuje na okrągłą liczbę 10.
Z tej okazji chciałabym Wam bardzo podziękować, że byłyście ze mną przez 10 rozdziałów i mam nadzieję, że z takim samym zapałem będziecie oczekiwały następnych 10.
Jesteście niezastąpione, na prawdę! :)
Rozdział (szczególnie końcówka) może budzić kontrowersje. Nie zdziwię się. W końcu pomysł chyba trochę szokujący, co?
Zadawajcie przemyślane pytania, proszę. Na niektóre z nich odpowiedzi pewnie padły w poprzednich rozdziałach, więc tam ich szukajcie.
pytania tu: gg 33348455
Jesteście cudowne, Dziewczyny! Dziękuję, że pomagacie mi spełniać moje marzenia :) Jeżeli Wy również prowadzicie blogi z opowiadaniami, napiszcie w komentarzu linka, bo z ogromną chęcią je przeczytam i skomentuję (muszę się przyznać, że dotychczas tego nie robiłam z braku czasu).
Pozdrawiam i dziękuję za wszystko. Wasza opinia jest dla mnie ogromnie ważna.
Może to nie jest książka, a zwykłe bzdury napisane przez szesnastolatkę, ale w te bzdury wkładam całe moje serce.
Pozdrawiam, Ameliaxoxo

ps. Wyobrażacie sobie Malika w blond włosach?

czwartek, 1 listopada 2012

9. Co masz wspólnego z moim ojcem?

http://www.youtube.com/watch?v=lDpnjE1LUvE

Słońce powoli obniżało się za horyzont. Jego intensywnie złocista postać oddawała niebo do dyspozycji nocy. Wokół niego rozcierały się ogniste barwy, pomarańcze, żółcie i czerwienie. W oddali rozciągały się płachty pól. Jaskrawy pejzaż topił się w jesiennym słońcu. Złociste promienie słoneczne kaskadą opadały na błękitne jezioro.
Siedziałam na zimnym piasku. Moje podeszwy mierzwiły łagodnie fale.
Zamknęłam oczy.
Idealne miejsce, żeby zasnąć i już się nie obudzić...

Weszłam do jednej z knajp należącej do uniwersyteckiego klubu wioślarskiego. Była urządzona w przyjemnym, marynarskim stylu. Zamówiłam czarną, mocną kawę.
Wyjęłam z torby telefon, żeby zagrać w jedną z gier platformowych i tym samym zabić czas.
Był kwadrans po osiemnastej.
Usłyszałam szuranie krzesła. Ostrożnie uniosłam wzrok znad komórki.
- Jak zwykle olśniewająca - westchnął zauroczony. W jego ustach ironia brzmiała zupełnie jak prawda.
I na odwrót.
Ciężko było rozróżnić, kiedy mówi poważnie.
- Jak mogłam być taką kretynką - zacisnęłam palce na krawędzi stolika.
- Też mnie to zastanawia - uśmiechnął się beztrosko.
Spojrzałam na niego z grymasem.
- Wiesz co? Jesteś bezczelny.
- Spotkałaś się ze mną tylko po to, żeby stwierdzić fakty?
Miałam ochotę huknąć z irytacji, ale resztki godności mnie z tego odwiodły. Na wszystko potrafił znaleźć odpowiedź. Nonszalanckim krokiem ruszył w stronę drzwi.
- Idziesz?
- Żartujesz? Zamówiłam kawę.
- To zostajesz czy idziesz?
Czyli jednak nie żartował.
Narzuciłam na siebie granatowy płaszcz, przewiesiłam torbę przez ramię i wyszłam z lokalu.
Dorównałam jego pospiesznemu kroku.
- Powiesz mi, do cholery, gdzie idziemy?
- Zobaczysz - pociągnął zaczerwienionym od zimna nosem.
- Chryste...
Zaprowadził mnie na pomost. Usiadł na jego brzegu, wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów.
Nie poczęstował mnie.
- Co? Boisz się usiąść obok mnie? - zadrwił.
Nad jego głową unosił się gęsty, siwy obłok.
- Dlaczego skrzywdziłeś Harrego?
- Skrzywdziłeś? - zaśmiał się pusto. - To duży chłopiec, poradzi sobie.
Milczeliśmy tak wpatrując się w atramentową wodę, w której jak w lustrze, odbijała się niezliczona ilość gwiazd. Blady księżyc rozpuszczał się w wypływających z jeziora warkoczach ciemnej wody.
- Kochasz go?
- Słucham?
Skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej.
- Odpowiem na każde twoje pytanie, ale w zamian ty odpowiesz na moje.
- Zgoda.
- Co masz wspólnego z moim ojcem?
Podniósł się. Czułam na skórze szyi jego oddech.
- Ta odpowiedź będzie cię kosztowała więcej starań - spojrzał się w moje przesycone strachem tęczówki. - Dużo więcej.
Przesunął linią boczną swojej dłoni wzdłuż mojej kości policzkowej.

Od poniedziałku trwały przesłuchania do sztuki napisanej przez pana Tulley - niespełnionego aktora światowej sławy. Scenariusz opowiadał o zakazanej miłości, co jak powtarzał w kółko na czwartkowej lekcji hiszpańskiego, miało dotrzeć do szerszej publiczności.
Jakim trafem ja - osoba kochająca teatr, ale od strony widowni - znalazłam się w części szkoły, w której bywałam jedynie podczas przedstawień kółka teatralnego?
Tulley powiedział, że wystąpienie w spektaklu, będzie ładnie wyglądało na rekomendacji na uczelnię.
Zanim przesłuchanie się rozpoczęło, nauczyciel niepotrzebnie wygłosił przez megafon przemowę do garstki uczniów siedzących na miejscach publiczności. Wśród nich była Haley - zapalona amatorka z wyolbrzymionym ego.
Każdy zabiegający o rolę w spektaklu, miał zaprezentować się na scenie. Wybrałam monolog głownej bohaterki, choć o tę rolę nawet nie zabiegałam. Byłam ostatnia w kolejce. Czekałam cierpliwie, aż około trzydziestu uczniów będących przede mną opuści aulę.
- Następny proszę.
Weszłam na scenę.
Stanęłam przodem do pustych, czerwonych siedzeń. Nigdy nie miałam okazji zobaczyć ich od tej strony. Oślepiające światło raziło moje oczy.
- Proszę bardzo, moja droga - pociągnął palcami wzdłuż szorstkiej, siwej brody.
Odchrząknęłam.
- Chciałabym przedstawić monolog śmiertelniczki, w którym mówi o miłości do Aresa - wyjąkałam.
Oparł się na krześle, wyciągnął nogi, co chyba znaczyło, że mogę zaczynać.
Opuściłam powieki.
Wzięłam głęboki oddech.
Policzyłam do trzech.
- Jeśli masz - przełknęłam głośno ślinę, by mój głos stał się bardziej zdecydowany. - Jeśli masz w sobie choć odrobinę człowieczeństwa, wyzwól mnie od cierpienia...
- Dobrze, dziękuję - mruknął. - Obsadzone role będzie można zobaczyć na stronie internetowej naszej szkoły - zakomunikował.
- To wszystko? - moje przesłuchanie trwało krócej niż przeciętnie.
Tulley nic nie wtrącił od siebie, nie zagaił, nie dał żadnych wskazówek, jak to miał w zwyczaju robić.
- Tak  - odparł krótko.
- Dobrze, w takim razie do zobaczenia - uśmiechnęłam się cierpko.
Beznamiętnym ruchem zabrałam z fotela swój plecak i ruszyłam w stronę wyjścia zostawiając nauczyciela na pastwę sterty formularzy i scenariuszy.
- I jak ci poszło? - zapytała Courtney, która czekała na mnie przed salą bite dwie godziny.
- Nawet nie dał mi dokończyć - westchnęłam.
Całe zaangażowanie jakie włożyłam w to, żeby wypaść jak najlepiej sprawiło, że liczyłam na nieco inną reakcję.
- Nie przejmuj się - przytuliła mnie do siebie. - Tulley to kretyn.
- Niby tak, ale jakieś pojęcie o teatrze ma.
- Dziewczyno, o karierze aktorskiej chyba nie marzysz, co nie? - usiłowała sprowadzić mnie na ziemię. - Słuchaj, jak chcesz to mogę go do ciebie przekonać. Mam swoje sposoby - poruszyła znacząco brwiami prezentując swój pokaźny biust.
- Jesteś walnięta, wiesz? - zaśmiałam się.
- Wiem - odparła krótko. - A teraz chodź do centrum. Powiesz mi, który komplet bielizny mam wybrać.
Położyłam ręce na biodrach lustrując ją badawczo.
 - Rodziców Caleba nie będzie w ten weekend - sprostowała. - Może wyglądasz inaczej, ale w środku jesteś zupełnie taka sama, jak moja stara Sydney. Rozluźnij się trochę. Żyje się tylko raz.
- Nigdy nie będę taka jak ty.
- Ale kochanie, nikt od ciebie tego nie wymaga. Na świecie nie ma osoby tak cierpliwej i zorganizowanej jak ty. Po prostu powinnaś się czasem zabawić i nie myśleć o żadnych konsekwencjach. Mężczyźni pożerają  cię wzrokiem, a ty nawet nie potrafisz tego wykorzystać. Z taką buźką. cały świat leży u twoich stóp. Otwórz się na innych - poklepała mnie po poliku. - A teraz spinaj pośladki i w drogę - nakazała.
Niezadowolona podniosłam się z ławki.
Jak miałam zauważyć innych facetów, skoro mój świat kręcił się teraz tylko wokół jednego?

Wczołgałam się na piętro. Zakupy z Courtney zawsze były męczące i jak zwykle nie skończyło się na jednym komplecie bielizny. Napiłam się czerwonej oranżady i włączyłam notebooka. Wygodnie usadowiłam się na łóżku.
Weszłam na stronę szkoły.
Wolno zjechałam kursorem w dół.
"Obsada spektaklu - Miłość Zakazana" - przeczytałam pod nosem.
Zeszłam jeszcze trochę niżej.
"Śmiertelniczka - Sydney Shelley
Ares - Casper Thacher..."
- Nie wierzę - zasłoniłam rozdziawione usta dłonią.
- Zaskoczona? - uniosłam głowę do góry. Sprawnie zamknęłam klapę notebooka. Zacisnęłam palce na pierzynie.
- Co tu robisz? - zapytałam przestraszona.
- Na przyszłość, zamykaj drzwi na klucz - założył ręce na klatkę piersiową uśmiechając się triumfalnie. - Cieszysz się? - mrugnął jednym okiem.
- Nawet nie było cię na przesłuchaniu.
- Powiedzmy, że Tulley zgodził się przesłuchać mnie poza programowo - podszedł do mojego łóżka. Oparł się o jego ramę. - Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza?
- Czego ode mnie chcesz?
- Niczego.
Podeszłam do niego. Wyrzeźbionymi dłońmi objął krągłość moich ramion. Obrócił mnie tak, żebym w tafli lustra mojej toaletki widziała nasze odbicie.
- Boisz się mnie? - wyszeptał żarliwie.
Nie odezwałam się.
- I słusznie - dodał głaszcząc moje ramiona - Chciałabyś może poćwiczyć ze mną rolę?
Odwrócił mnie przodem do siebie.
- Powiesz mi w końcu o co ci biega?
- Chcę poćwiczyć rolę.
Widziałam, jaką satysfakcję sprawia mu poniżanie mnie.
- Co wiesz o moim ojcu? - zignorowałam jego usilne starania wyprowadzenia mnie z równowagi.
- Shelley, wiesz jak wygląda akt drugi, scena trzecia? - zmienił temat. - Mój bohater najpierw delikatnie prowadzi palce po policzku swojej kochanki - słowa przekładał na czynności. - Następnie zakłada jej ciemne włosy za uszy. Później patrzy gorliwie w jej czekoladowe tęczówki i składa na ustach pocałunek - uśmiechnął się zawadiacko. Pocałował mnie subtelnie, delikatnie. Pieścił moje wargi w szybki rytm bicia naszych serc. Otworzył usta szerzej i wsunął język penetrując nim sekretne zakamarki moich ust, a następnie wycofał go lekko i przygryzł koniuszek mojego języka.
Moje piersi rozpłaszczyły się na jego torsie. Włożyłam zimne dłonie pod jego koszulkę. Jego skóra była gorąca. Wodziłam palcami po jego zniszczonej, pomarszczonej skórze. Opuszki moich palców drżały dotykając blizn pod sutkami.
Wtedy odsunął się ode mnie, przełknął nerwowo ślinę. Patrzyłam w jego oczy. Starałam się znaleźć podobieństwo między nim, a tym ośmioletnim chłopcem u boku mojego ojca. Zmieniło się w nim wszystko, z wyjątkiem śniadej karnacji, kształtu twarzy i uroczego, zawadiackiego uśmiechu.
Nie zdziwiłabym się, gdyby zmienił również tożsamość.
Złapał szlufki moich ciasnych dżinsów.
- Nie zapominaj Shelley, że Ares na końcu zabija swoją ukochaną.
- Zabija ją z miłości.
- Zabija ją z żądzy władzy i zemsty - zacisnął swoje dłonie na moich barkach. - Do jutra Shelley. - puścił mi oko i zniknął w ciemnej otchłani korytarza.

                                                                                                                          
Będą komentarze, będzie rozdział w sobotę (o ile mój zabójczy zasięg u mojego taty mi na to pozwoli)
Już mam napisany, także mogę wstawić w każdej chwili, ale poczekam :)
Wybaczcie, że nie odpisuję na prywatne wiadomości, ale gadu gadu mi szwankuje.
gg : 33348455

Piszcie! Odczytam wszytko jak wrócę do domu :)

ps. Staram się jak mogę, żeby Wam za bardzo nie namieszać w głowach, ale jeśli moje starania są do niczego, to przepraszam i zachęcam do ponownego przeczytania poprzednich rozdziałów.
+ Chcę jeszcze tylko dodać, że w tym rozdziale znajduje się kluczowe zdanie do bliższego poznania "Czarnego Charakteru" :))

sobota, 27 października 2012

8. Panie Thacher, pan to same kłopoty

http://www.youtube.com/watch?v=OJkqkWIpFAI

Moje uszy drażnił szelest ugniatanej pod stopami ściółki leśnej. Wokół rozbrzmiewało głośne pohukiwanie tamtejszych pierzastych mieszkańców - sów.
Harry szedł zdecydowanym krokiem.
Księżyc wydawał się nabrać szkarłatnego koloru. Popielate, smoliste chmury kłębiły się wokół niego.
- Chodź szybciej - ponaglał mnie chłopak.
Liście nabijały się na moje obcasy. Po zmroku wszystko stawało się nad wyraz podejrzane. Moje zmysły się wyostrzyły i nawet zwykły trzask gałęzi był o wiele bardziej przerażający niż za dnia.
- To tutaj - wymruczał pod nosem.
Wyszliśmy z gąszczu drzew. Moim oczom ukazała się drewniana chata. Zupełnie taka, jak w bajce o Jasiu i Małgosi. Od zewnątrz była zaniedbana. W kątach zadomowiły się pająki, których sieci przepełnione okrągłymi kroplami rosy, widziałam nawet po ciemku.
Weszłam po skrzypiących, drewnianych schodach na ganek.
Harry otworzył przede mną drzwi.
Zapalił knoty lamp naftowych porozstawianych na stabilnych podkładkach na całym parterze.
Ogień oświetlił piętro.
Trzymając w dłoni świecę, zaprowadził mnie do jednego z pokoi.
Po jego prawej stronie stał kominek w przytulnej, kamiennej oprawie. Tuż nad nim, wisiał obraz o bardzo adekwatnej nazwie "Chaos". Przed kominkiem, na drewnianych nóżkach, stała antyczna sofa w kolorze oliwkowym. Była przykryta wełnianym kocem. W pomieszczeniu znajdował się jeszcze ogromny zegar, stolik i zniszczone bujane krzesło.
Usiadłam na kanapę głaszcząc jej chropowaty materiał w kwiaty. Harry włożył drewno do kominka i rozpalił ogień.
Usiadł obok mnie. Jego ręce spoczywały na kolanach. Kątem oka widziałam jego niespokojny ruch przepony.
Jego brzuch się podnosił.
I zapadał.
Wskazówki zegara naszły na siebie wybijając północ.
- Co chcesz wiedzieć?
- Wszystko - odparłam spoglądając na niego z ukosa.
Zaśmiał się histerycznie.
- Wiem niewiele więcej od ciebie, Sydney - beznamiętnym wzrokiem patrzył przed siebie.
- Mam tyle pytań, że nawet nie wiem od czego zacząć - powiedziałam z nieukrywaną kpiną.
Wzruszył ramionami.
- Gdzie my właściwie jesteśmy, co? - przez zasłonę rzęs widziałam jego gęste, pojedyncze łzy.
Srebrzyste krople odbijały się na jego różanych rumieńcach.
- W tym momencie na prawdę to najbardziej cię zastanawia?
- Nie - warknęłam. Jego chrypliwy tembr głosu powoli wyprowadzał mnie z równowagi.
- Nikt tu nie mieszka, spokojnie. Znalazłem tę chatę kiedy błądziłem w okolicy. Pomogłem odzyskać jej dawny wygląd. Odnowiłem tapicerkę kanapy, posprzątałem, kilka niewielkich prac remontowych, drobiazg.
- Co wiesz o Casprze? - zapytałam gorączkowo.
Spojrzał się na mnie tak, jakby chciał się upewnić czy na pewno chcę znać odpowiedź na to pytanie. Delikatnie skinęłam głową.
- Poznałem go w Anglii. Kiedy skończyłem piętnaście lat, wpakowałem się w niezłe gówno. Pilnie potrzebowałem towaru, a Casper był jedynym dilerem w okolicach wiochy, w której się urodziłem. Zaciągnąłem u niego pożyczkę. - wziął głęboki, astmatyczny wdech. - Moją prawną opiekunką była ciotka Libby, która zmarła na białaczkę. Zostałem bez domu, bez rodziny i bez pieniędzy. Sąd wysłał mnie do babki, która mieszka w Colorado. Przez dwa lata, pracownik opieki społecznej przychodził prawie codziennie. Kiedy dał nam już spokój, babka zapłaciła mi, żebym się od niej wyprowadził - widziałam jak powstrzymuje falę gorzkich łez. - Wtedy pojawił się Casper. Zażądał pieniędzy. Nie miałem ich. Powiedział, że w zamian mogę coś dla niego zrobić. Kazał mi z tobą pisać. Robić wszystko, żebyś się we mnie zakochała.
- Zakochałam się... - wyszeptałam czując jak żołądek podchodzi mi do gardła.
- Sydney, tak bardzo cię przepraszam - złapał moją dłoń. - Tamtego wieczoru, nie spotkaliśmy się przypadkiem. Wiedziałem, że tam będziesz - patrzył w moje niebieskie tęczówki.
- Okłamałeś mnie.
- Jesteś dla mnie najważniejsza, rozumiesz? - potrząsnął moimi ramionami.
- Czego on ode mnie chce?
- Wydaje mi się, że on zna twojego ojca.
- Co? - wyszeptałam głucho. Po policzkach spływały słone krople wody.
- Przysięgam, że nie pozwolę mu ciebie zranić, rozumiesz? - ujął w swoje męskie, silne dłonie moją twarz.
Wstałam. Usiadłam na parapecie. Odsłoniłam ciężką zasłonę. Uniosłam podbródek do góry. Napawałam się widokiem księżyca.
Chłopak podszedł do mnie. Potarł kciukiem moje lepkie usta.
- Boisz się?
- Nie - wyszeptałam spinając wargi w równą kreskę. - Musimy go powstrzymać.
- Jak chcesz go powstrzymać, skoro nawet nie wiesz, jakie ma zamiary?
Niemal niezauważanie wzruszyłam ramionami.
- Dowiem się - przygryzłam wargę.
Jego oczy, pod opieką gęstych brwi, w świetle księżyca zmieniły barwę na jaśniejszą. Można było w nich zobaczyć gwieździste niebo.
- Na prawdę myślisz, że ci na to pozwolę?
- Na prawdę myślisz, że mnie to obchodzi?
Wiatr, który wpuściłam, zaczął poruszać do tańca moje niesforne włosy.
- Sydney - złapał mnie za nadgarstek.
- A gdyby mnie tam nie było? Gdyby nie było tych wszystkich ludzi? - zrobiłam pauzę. - Zabiłby cię.
- Nie możesz ryzykować. Skoro jest zdolny do pobicia, przemytu narkotyków, to może być zdolny też do morderstwa.
Nikt jeszcze nigdy nie patrzył na mnie tak, jak on.
Jego spojrzenie było tak zmartwione.
Dotyk tak troskliwy i serdeczny.
Wtuliłam się w niego. Zaciągałam się zapachem jego miętowego szamponu pomieszanego z dymem papierosowym. Jego ciężki oddech roznosił się echem po pokoju.

- Co może mieć wspólnego mój ojciec z Casprem? - pokręciłam głową z dezaprobatą.
Spojrzałam się na puste ramki porozstawiane na kominku. Wzięłam do ręki jedną z nich. - Jezu... - upuściłam ją na ziemię.
- To niemożliwe - przeczesałam palcami włosy. - Musimy wracać - oznajmiłam.
- O co chodzi?
- Odwieź mnie do domu, natychmiast. Proszę.
Nie ociągając się, wybiegliśmy z chatki.
Harry poprowadził mnie przez ciemny las.
Strach zaczął przejmować kontrolę nad zdrowym rozsądkiem.

Wbiegłam do pokoju. Rzuciłam wszystko na łóżko. Na górnym regale, tuż nad domową biblioteczką, trzymałam ozdobne kartony z pamiątkami.
Wysypałam całą ich zawartość na podłogę.
Szukałam metalowego, okrągłego pojemnika po biszkoptach.
Znalazłam.
Uniosłam wieczko.
Listy, pamiątki, bilety i zdjęcia.
Dokładnie wiedziałam, co gdzie było schowane.
W jednej z kopert z 2002 trzymałam zdjęcia z wakacji i jesienne, ususzone liście.
Jedno ze zdjęć dała mi matka nie mogąc wytrzymać moich nalegań, żebyśmy odwiedziły tatę.
Był na nim on, jakaś młoda kobieta i chłopiec.
Mama powtarzała, że ma nową rodzinę, że już nas nie kocha i że mam o nim zapomnieć.
Pamiętam dokładnie każde jej słowo do cna wykończone nienawiścią, kiedy mówiła o moim ojcu.
Zaklęłam siarczyście.
To był on.
Na zdjęciu stał Casper. Był młodszy, niższy, nie miał dwóch zębów, miał inny kolor włosów a nawet oczu.
Ale to był on.
Identyczne rysy twarzy, nos, uszy, kształt oczu.
Tak, to musiał być Casper.
Stał po prawej stronie. Mój ojciec obejmował go ramieniem.
Zacisnęłam palce w pięści. Z wielką chęcią włożyłabym je do buzi, żeby tylko dać upust emocjom.
Zrobiłabym wszystko, żeby tylko obudzić się z tego chorego snu...

***

- Panie Thacher? - od spawania oderwał mnie dźwięk głosu przełożonego. Niechętnie oderwałem się od roboty.
- Tak? - zapytałem.
- Ktoś do pana - rzekł trzymając przy sobie czarny segregator.
- W tej chwili jestem zajęty.
- Mówi, że to sprawa niecierpiąca zwłoki.
Usłyszałem szczęknięcie zamka, a następnie skrzypnięcie zawiasów.
Przez stalowe drzwi weszła dziewczyna odziana po sam czubek głowy w czerń.
- Zawrzyjmy umowę - powiedziała na wstępie. - Nie chcę, żebyśmy wchodzili sobie w drogę - nonszalancko odgarnęła włosy z czoła.
- Nie wiem o czym mówisz - skrzyżowałem ręce na klatce piersiowej.
- Kawa o siedemnastej? - potarła rękoma ozdobionymi w przeróżne pierścionki z drogocennymi kamieniami.
- Prosisz się o kłopoty, panienko - zadarłem głowę do góry.
- Panie Thacher, pan to same kłopoty - poprawiła skórzane rękawiczki, po czym poklepała mnie po poliku.
Wyszła z gracją wyrzucając biodra na boki. Zostawiła po sobie jedynie aromatyczny zapach cynamonowych perfum.
________________________________________________
Dotrzymałam obietnicy :)
Chyba nie muszę pisać, kim jest "Pan Thacher"?
Może nie jest najlepszy, chaotyczny, ale nie mogłam zebrać myśli, więc wyszło jak wyszło. Wybaczcie.
W każdym razie, proszę Was o to, co zawsze.
Żadnych nowości.
KOMENTARZE!!! :))
Jesteście debeściary, Dziewczyny!
Każdy komentarz, każda wiadomość... Aż chce się pisać!
Pozdrawiam, Ameliaxoxo
Wszystkie pytania, prośby itp. kierujemy tutaj: gg - 33348455
+ Pamiętajcie, że to właśnie komentarze są kluczem do następnych rozdziałów :PP

ps. Nie myślcie, że na wszystkie pytania zaraz dostaniecie odpowiedzi. Tajemnice są piękne, jednak staram się nie przesadzać...

czwartek, 25 października 2012

7. To jest dopiero początek.


http://www.youtube.com/watch?feature=endscreen&NR=1&v=YKcRgwcg75o

Wcisnęłam się w czarną, krótką sukienkę. Dobrałam do niej dopasowaną ramoneskę. Na stopy gładko wsunęłam jedną z tysiąca par obcasów mojej matki. Ubrałam biżuterię, którą dwa lata temu dostałam na imieniny od Courtney. Wcześniej nie miałam okazji jej nosić.
Nałożyłam na rzęsy grubą warstwę maskary. Po powiekach sprawnie pociągnęłam dwie, grafitowe kreski. Usta pomalowałam karminową szminką.
Włosy pozostawiłam w naturalnym nieładzie. Nawet nie było widać, że ścięła je niedoświadczona licealistka.
Kasztanowa farba, którą rano nałożyłam na włosy, teraz, w pokojowym świetle nabrała koloru ciemnego piwa.
Przejrzałam się w lustrze. Wyglądałam inaczej. W pozytywnym znaczeniu tego słowa...
Chyba.
Za kwadrans miałam stawić się przed kawiarnią. Kurczowo trzymając się poręczy, zeszłam w nienaturalnie wysokich szpilkach do kuchni.
Wypiłam jeszcze ze dwa kieliszki wódki, żeby przyjemnie się wstawić. Alkohol mnie ośmielał. Właśnie na tym fundamencie budowałam swój nowy wizerunek.
Zanim chwyciłam za klamkę, ściągnęłam za pupę sukienkę, która coraz odważniej podwijała się do góry.

Czekałam przed lokalem.
Punktualnie.
Nie miałam w zwyczaju się spóźniać.
Przynajmniej stara Sydney nie miała. Ta nowa była nieobliczalna.
Przestępowałam z nogi na nogę, kiedy usłyszałam groźny warkot silnika.
Odwróciłam się.
Przez moje ciało przeszły dreszcze.
Casper siedział na motocyklu trzymając w ręce kask. Miał na sobie szarą koszulkę wyciętą w serek i czarną, ciężką skórę.
Moje źrenice znacznie się rozszerzyły. Podniecona, oblizałam pomalowane wargi.
- Dobrze wyglądasz - uśmiechnął się przymrużając oczy. W jego spojrzeniu dostrzegłam roześmiane ogniki.
- Dzięki - kąciki moich ust machinalnie powędrowały do góry.
Z komplementami było u mnie na bakier, więc poprzestałam na lustrowaniu chłopaka maślanym spojrzeniem.
- Łap - rzucił mi kask.
Niepewnie włożyłam go na głowę. Usiadłam za chłopakiem. Objęłam go w biodrach.
Całkiem przyjemne uczucie.
Nie puszczając gazu, powoli puścił sprzęgło.
Ruszył.
Dawał mi takie dziwne poczucie bezpieczeństwa...

- Podobało się? - zapytał, kiedy dotarliśmy na miejsce.
- Całkiem OK - odparłam krótko. Chwilę później przypomniałam sobie o mojej nowej tożsamości. Musiałam w jakiś sposób odbić się od szarej osobowości Sydney, więc dodałam jeszcze:
- Nic specjalnego - spojrzałam się na motocykl z udawanym zniesmaczeniem.
- Idziemy? - złapał moją dłoń.
- Mhm - wymamrotałam.
Weszliśmy na teren wesołego miasteczka. Specjalnie na potrzeby festynu, który został zorganizowany w podzięce za regularne dostarczanie funduszy na rzecz wolontariatu miasta, rada przygotowała różne atrakcje.
Sprowadzono karuzele, stoiska z zabawami i trampoliny. Na placu stało również średniej wielkości koło młyńskie, które uruchamiano jedynie w trakcie ważnych, okolicznych wydarzeń.
O dwudziestej drugiej miał rozpocząć się występ piosenkarki country, która po znajomości, zgodziła się zaśpiewać za darmo.
Z tyłu znajdowały się dwa baraki. W jednym z nich koczowała pomoc medyczna, a drugi był zajęty przez straż pożarną, która pokazywała dzieciakom wóz i sprzęt strażacki.
Mieszkańcy wschodniej części Essex i zachodniej Hudson odwalili kawał na prawdę dobrej roboty.
Casper splótł swoje palce z moimi. Wskazał ruchem głowy na diabelskie koło przyozdobione prawdopodobnie milionem maleńkich, choinkowych lampek.
Wyglądało to na prawdę magicznie.
Staliśmy w kolejce.
Cały czas czułam na sobie męskie spojrzenia. Widziałam, jak wszyscy wręcz pożerają mnie wzrokiem. Nie podobało mi się to całe bycie w centrum zainteresowania i tak po prawdzie, to nawet nie wiedziałam, czemu dziewczyny o to zawsze zabiegały.
Kiedy podjechał nasz wagon, Casper wcisnął pieniądze w łapę łysego, barczystego mężczyzny.
Mierzył mnie zadowolonym wzrokiem.
Był tak obleśny. Z ogromną chęcią wydłubałabym mu te wstrętne oczyska, gdyby nie blondyn, który pociągnął mnie za sobą do wagonu.
- Nie masz lęku wysokości, prawda? - uśmiechnął się.
- Nie, nie mam - spojrzałam się w jego źrenice. Płoszyły one nawet moje nowe wcielenie.
- Dlaczego się mnie nie boisz?
"Dziwne pytanie" - pomyślałam.
- Nie dałeś mi do tego powodów.
- Co się stało z tym chłopakiem?
- Chłopakiem?
- Widziałem ciebie z tym brunetem.
Potarłam palcami o mój zaczerwieniony, zmarznięty nos.
- Lubisz go?
- Nie - powiedziałam bez namysłu.
- Kłamiesz.
- Nie okłamałabym ciebie - z całej siły ścisnęłam metalową poręcz.
Zaśmiał się.
- Nie okłamujesz mnie - spojrzał się na widok rozciągający się przed naszymi oczami. Światła i kolorowe stragany tworzące piękną, barwną mozaikę. - Okłamujesz samą siebie.
- Jak to możliwe, że znasz mnie lepiej ode mnie?
Wzruszył ramionami.
- Nie jesteś taka. Nie jesteś taka, jak te zmanierowane panienki z liceum, więc czemu z siebie taką zrobiłaś?
- Potrzebuję zmian, a jednocześnie mam ich dość - zaśmiałam się ironicznie. - Szukam czegoś, dzięki czemu będę mogła się jakoś ustatkować. Dzięki czemu ustabilizuje moje uczucia, emocje, dręczące mnie wspomnienia. Pomyślałam, że może nowy wizerunek mi w tym pomoże...
- To takie pretensjonalne, a jednocześnie odważne.
- Odważne?
- Jesteś odważniejsza niż ci się wydaje, Shelley. Problem w tym, że ludzie nie chcą, żebyś spełniała ich oczekiwania. Chcą, żebyś była sobą.
- Jesteś inny. Inni niż oni - spojrzałam się na tych maluczkich. Tam, na dole.
- Nie znasz mnie - powiedział drwiąco.
- Ty też mnie nie znasz, ale mimo to, oceniasz.
Objął palcami mój nadgarstek. Przyciągnął do siebie.
Patrzył na mnie z pasją, pożądaniem. Pragnęłam go pocałować. Móc dotknąć ustami jego szorstkich, nieogolonych policzków.
Coraz mocniej ściskał moją dłoń.
Czułam jak moje palce drętwieją z niedokrwienia. Straciłam czucie. Iskry w jego oczach zblakły.
Rosło we mnie przerażenie. Zrobiło mi się słabo.
Wyglądał tak, jakby czerpał satysfakcje z zadawanego mi bólu.
Czuł moje tętno.
Zbliżaliśmy się ku ziemi. Łysy facet miał już otworzyć furtkę wagonu, ale nagle na platformę dostał się Harry.
Znikąd.
Drzwiczki się zatrzasnęły.
Odepchnął ode mnie Caspra. Zaczął się z nim szarpać. Ten obalił bruneta na ziemię i zadawał pięściami ciosy po całym ciele.
Harry próbował się bronić, ale blondyn był od niego silniejszy.
Z jego ust zaczął wypływać strumień bordowej krwi.
Krzyczałam, darłam się. Nie miałam siły. Nikt nie umiał przyspieszyć tego cholerstwa. Zrobić czegokolwiek.
Wagon zaczął się bujać. Słychać było skrzypienie śrub.
Casper warczał agresywnie uderzając coraz mocniej.
Widziałam jedynie strzępy akcji poprzez przymrużone oczy. Nie mogłam powstrzymać coraz silniejszego odruchu wymiotnego. Zapach metalu przyprawiał mnie o zawroty głowy.
Nieświadomość z każdą chwilą rosła w siłę.

- Nie wierzę, że uciekł - powiedziałam do siebie krztusząc się goryczą. Do czoła przykładałam jałowy kompres. Podczas upadku zahaczyłam o szpic poręczy. Skaleczenie było niewielkie. Mój stan psychiczny - tysiąc razy gorszy.
Harrym opiekowała się pomoc medyczna.
Było po dwudziestej pierwszej.
Nie przestawałam wymiotować.
Brunetowi zaopatrzyli ranę na szyi. Musieli założyć kilka szwów. Miał rozciętą wargę i mnóstwo siniaków na ciele.
Ta cała pomoc medyczna, z bożej łaski, powiedziała, że chłopak czuje się dobrze i że nie muszą go przetrzymywać.
Wyszedł z gabinetu.
Narzucił na siebie kurtkę, która wisiała na wieszaku w poczekalni i udał się w stronę wyjścia.
Nawet na mnie nie spojrzał, chociaż doskonale wiedział, że na niego czekałam.
- Harry - powiedziałam biegnąc za nim truchtem. - Harry - powtórzyłam. Nie zareagował. - Harry, do cholery jasnej! Zatrzymaj się! - wydarłam się.
Odwrócił się. Jego mina była zacięta. Plunął na chodnik.
Podeszłam. Ujęłam w dłonie jego twarz, a następnie uderzyłam go z otwartej ręki.
- Czemu to zrobiłeś?!
- Powiedz mi. Dlaczego. Do Cholery Jasnej. Poszłaś. Tam. Z NIM?!
- Jesteś kretynem, wiesz? - zacisnęłam palce na jego płaszczu.
Nasze twarze dzieliły milimetry. Czułam jego szybki oddech na swojej skórze.
Pocałował mnie. Oplótł mój zimny kark swoimi rozpalonymi dłońmi. Z coraz większym zaangażowaniem muskał moje usta. Czułam jego wilgotne, miękkie wargi. Jego dłonie błądziły po moim ciele. Zrzuciłam z siebie kurtkę. Wycałował dokładnie zgłębienie mojego obojczyka. Złapał mnie za pośladki. Oplotłam nogi wokół jego bioder. Trzymając mnie, oparł się o stojącą przy chodniku brzozę.
Włożyłam dłonie pod jego koszulkę. Wodziłam palcami po wyrzeźbionych mięśniach jego brzucha. Wplótł palce w moje włosy.
Odstawił mnie na ziemię.
- Nienawidzę kiedy to robisz - wysapałam nie odrywając spragnionych warg od szyi chłopaka.
Całował mnie tak namiętnie, tak gorąco.
- Robię co?
- Tak nagle sprawiasz, że cały świat przestaje mieć najmniejsze nawet znaczenie.
Harry cały drżał.
- Przepraszam, Sydney - wyszeptał gorliwie.
- Jak mam ci zaufać?
- Wyjaśnię ci wszystko, ale daj mi szansę.
Musnęłam jego usta.
Założył kosmyk moich włosów za ucho.
- Co im powiedziałeś?
- Że to wszystko przypadek. Nie chciałem, żeby wzywali policję.
- To był przypadek?
- Nie - wykrztusił.
- To się nie powtórzy. Już po wszystkim- zmusiłam swoje mięśnie twarzy do uśmiechu.
- Sydney, to dopiero początek - odrzekł przez zaciśnięte gardło.
________________________________________
gg: 33348455
Komentujcie, to w sobotę dodam następny rozdział ;)
I proszę, dodawajcie mojego bloga do obserwowanych, jeżeli macie taką możliwość. Proszę również o komentarze. Nie mam zamiaru Was w żaden sposób szantażować, bo nowy rozdział prędzej czy później dodam, ale mam nadzieję, że prośba wystarczy i docenicie mój wysiłek pisząc niedługi komentarz.
Pozdrawiam i do następnego, Ameliaxoxo

sobota, 20 października 2012

6. Kim ty jesteś, Shelley?


http://www.youtube.com/watch?v=50XiNiVOTko

- Przepraszam - powtarzałam monotonnie starając się przedrzeć przez ruchliwy i gwarny korytarz. Chciałam dotrzeć do szafki.
Cudem nie zostałam stratowana.
Kiedy wpychałam jeden z podręczników na półkę, wszystkie notatki spadły na ziemię.
- Słaby dzień? - usłyszałam szorstki głos Caspera.
- Można tak powiedzieć - uklękłam.
Zaczęłam zbierać kartki z segregatora i pojedyncze rysunki z brudnopisu.
Ukucnął.
- To twoje?
- Tak jakby - wydusiłam z siebie. Nie lubiłam, kiedy ktoś grzebał w moich rysunkach. To zawsze wprawiało mnie w zakłopotanie.
- Są dobre... Zwłaszcza ten - wskazał palcem na szkic portretu mężczyzny po pięćdziesiątce.
- To mój ulubiony - zareagowałam uśmiechem.
- Kto to?
- Mój tata.
- Kończysz teraz? - szybko zmienił temat. Nie umknęło to mojej uwadze.
Pokiwałam głową.
- Chodź, podwiozę cię - wyciągnął kluczyki z tylnej kieszeni dzinsów.
- Dzięki - założyłam na ramię torbę w kolorze zgniłej zieleni.
Na szkolnym parkingu stał jego samochód. Mercedes, kabriolet z osiemdziesiątego. W świetnym stanie.
- Poznaj Francesce - przejechał dłonią po krwistoczerwonej karoserii.
Zawsze marzyłam o takim autku. Musiałam jednak zadowolić się możliwością poruszania się po mieście rowerem.
- Jakie miałeś oceny w poprzedniej szkole? - zapytałam.
- Nie wiem. Raczej mnie to nie interesowało - zakrył dłonią usta. Ziewnął.
Niebo było zachmurzone. Wiatr w minimalnym stopniu przekazywał czyste, nieskażone powietrze.
Zostawialiśmy za sobą soczysty zachód słońca.
Błękitne źrenice przykryłam długimi, falistymi rzęsami. Wzięłam głęboki wdech.
Chłopak włożył kasetę do odtwarzacza.
- O Boże, uwielbam ten kawałek.
- Kim ty jesteś, Shelley?
- Słucham?
- Dziewczyna, która spędza w szkole popołudnia. Nie wstydzi się pokazywać z pobrudzoną bluzką. Rysuje jak mało kto, nie widzi świata poza szkołą i książkami, a na dodatek słucha świetnej muzyki. Myślałem, że tacy ludzie zostali już dawno pogrzebani.
Po mojej twarzy zaczął błądzić promienny uśmiech. W pełni naturalny, rzecz jasna. Spowodowany wyraźnym połechtaniem poczucia własnej wartości.
- Aż tak łatwo da się mnie rozszyfrować? - uniosłam dociekliwie jedną brew.
Wzruszył ramionami.
- Znam się na ludziach - mruknął. - Gdzie cię podwieźć?
- Kafejka na Bareilles street - zrobiłam efektowną pauzę. - Jutro wieczorem ma być festyn w Hudson - powiedziałam niepewnie.
- Tak, wiem - wjechał na podjazd.
- Może chciałbyś się przejść razem ze mną? Będą ludzie ze szkoły. To chyba dobry sposób, żeby się trochę zintegrować.
Miałam nadzieję, że złapie haczyk.
- W sumie, czemu nie - uśmiechnął się cierpko.
- Może spotkamy się tu o osiemnastej? - podsunęłam pomysł.
- Może być.
- W takim razie, do jutra - złapałam torbę i wyszłam z samochodu.
- Shelley, poczekaj! - zatrzymał mnie. - Weź to - podał mi kasetę.
- Eee... Dzięki - podrapałam się po szyi.
- Do jutra - uniósł nonszalancko jeden kącik ust do góry i odjechał.
Weszłam do środka.
Zamówiłam kawę i ciastko. Usiadłam przy tym samym stoliku, co zawsze. Powinna na nim leżeć karteczka "Zarezerwowane dla Sydney Shelley".
Wyłożyłam laptopa, podręczniki i zaczęłam odrabiać dodatkową pracę z chemii.
To zawsze pomagało mi się zrelaksować.

***

Prowadziłem wojnę z własnymi myślami, aż w końcu, zalogowałem się na pocztę.

"Sydney,
spotkajmy się."

Nie musiałem długo czekać na odpowiedź.

"Bądź w kawiarni na Bareilles.
Nieważne za ile.
Będę czekała."

Tylko tak mogłem z nią porozmawiać. Nie odbierała telefonów, nie odpisywała. Nie odsłuchiwała wiadomości.
Potrzebowałem świadomości, że nic jej nie grozi. Musiałem usłyszeć jej spokojny, cichy głos. Poczuć jej bijące serce przy swojej klatce piersiowej.
Musiałem się ujawnić.
Spojrzeć jej w oczy.
Jako ja, nie Silvery.

Wszedłem do lokalu. Siedziała przy oknie trzymając nos w książce. W ten sposób uciekała od problemów. Zamykała się w swoim własnym świecie.
- Sydney? - zdobyłem się na odwagę, by cokolwiek z siebie wydobyć.
Poczułem subtelny zapach jej perfum.
- Harry? Nie powinno cię tu być - odparła wyraźnie spłoszona. Na jej twarzy pojawił się rumieniec w odcieniu piwonii.
Spojrzałem się na nią wymownie.
Wstała. Podeszła do mnie. Jej grdyka gwałtownie się poruszyła.
- Nazwałeś mnie po imieniu. To ty... - zacisnęła palce na rękawie mojej kurtki.
- Przepraszam - powiedziałem półgłosem.
Położyła dłonie na moich ramionach.
- Nie wierzę.
Poczułem ucisk w żołądku.
- Byłeś jedyną bezpieczną rzeczą w moim życiu. Byłeś jedyną osobą, której potrafiłam zaufać - szeptała. - Potrzebuję bezpieczeństwa. Mam dość zmian.
- Wybacz - moje płuca rozszerzyły się nabierając maksymalną ilość powietrza.
- Od kiedy wiesz, że jestem Bluerose?
- Nie potrafię tak zwyczajnie...
- Od. Kiedy. Wiesz. - powtórzyła stanowczo.
- Od naszego pierwszego spotkania - spiąłem wargi w równą kreskę.
Spoliczkowała mnie.
Dotknąłem jej dłoni. Przez zaszklone oczy widziałem zarys jej postaci.
Wyrwała się.
Uciekła.

***

Weszłam pod prysznic. Chciałam z siebie spłukać to okropne poczucie winy, którym się wręcz dusiłam.
Byłam tak naiwna.
I te durne łzy na policzkach.
Zbyt łatwo mi to przychodziło. To całe zakochiwanie się. Nie, to nie powinno tak wyglądać.
Wyszłam z kabiny prysznicowej. Naga.
W tafli lustra widziałam teraz wypłakane, zaczerwienione oczy.
Wyjęłam z wiklinowego koszyczka nożyce. Bez najmniejszego zawahania ucięłam kosmyk włosów. Zrobiłam to samo z następnymi. Wszystkie bezpośrednio opadały na kafle.
Moje długie włosy sięgające pośladków, skróciłam niewiele za ramiona. Ścięłam też grzywkę, która teraz łagodnie opadała na wyregulowane brwi.
Wysuszyłam je. Spięłam w niechlujną kitkę.
Założyłam szlafrok i ciepłe skarpety. Zaparzyłam czarną kawę, która swoim głębokim aromatem delikatnie drażniła moje nozdrza.
Zamknęłam się w pokoju.
Osunęłam na ziemię po hebanowych drzwiach. Wyjęłam z kieszeni paczkę złotych Bensonów.
Podłożyłam ogień pod tytoń.
Zaciągnęłam się zachłannie.
Zupełnie tak, jakby na tym miał się zakończyć świat.
W sumie... MÓGŁBY.
_______________________________________________
Może trochę pospieszyłam się z dodaniem nowego... no ale nic.
No to już wiemy, kim jest Silvery123 ;)
Powstaje coraz więcej odpowiedzi i coraz więcej pytań.
Tylko żebyście się nie pogubiły.
Przybliżę Wam nieco przeszłość Sydney, ale to w następnych rozdziałach.
Dziękuję za ostatnie komentarze, jesteście po prostu NIEZASTĄPIONE.
Dziewczyny, wymiatacie!
Trzymać tak dalej. Mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej.
Pozdrawiam, Ameliaxoxo

ps. Przepraszam, że czasem nie odpisuję na Wasze prywatne wiadomości. Postaram się to nadrobić. Piszcie!
gg: 33348455

wtorek, 16 października 2012

5. Zabawne, ile nienawiści mieści się w takim bladym, chłopięcym ciałku.


http://www.youtube.com/watch?v=bcVEGRad9UM

- Teraz wyznacz dziedzinę funkcji - tłumaczyłam brunetowi krok po kroku co ma robić. Starałam się to zrobić jak najlepiej. Harry miał zdawać niedługo poprawkę z matmy, a jak na razie szło mu (delikatnie mówiąc) beznadziejnie.
Gapił się na mnie i głupio uśmiechał.
- Harry, do cholery, czy ty mnie w ogóle słuchasz?
- Słucham, jasne że słucham - oprzytomniał.
- W takim razie, co przed chwilą powiedziałam?
- Tak Harry, chętnie pójdę z tobą na kolację.
Zaśmiałam się.
- Tak Harry, chętnie trzepnę cię w tyłek jak nie zaczniesz słuchać.
- Jak chcesz, mogę się nawet wypiąć - poruszył brwiami.
- Dureń - szturchnęłam go łokciem.
- Nic nie poradzę. Matematyka to abstrakcja. Tutaj nic nie trzyma się kupy.
- A więc, jak chcesz zdać egzamin?
- Wyjdźmy gdzieś razem - zamknął podręcznik.
- Nie. Mieliśmy się uczyć - westchnęłam ciężko. Jak coś zaczynałam, to zawsze starałam się to zrobić do końca.
- Umiesz ten materiał. Chodź, zabiorę cię gdzieś.
- Nie chodzi o mnie. Nie ja mam zdawać poprawkę.
- Jest już późno. Mój mózg nie pracuje tak, jak powinien.
- Tym bardziej nie powinniśmy nigdzie wychodzić. Jest ciemno.
- W takim razie obejrzyjmy coś - otworzył szufladę pełną filmów. Podniosłam się i podeszłam do niego. Zaczął w nich przebierać.
- Czekaj, czy to pamiętnik?
Widziałam ten film z tysiąc razy. Miałam do niego ogromny sentyment i nigdy nie spodziewałabym się, że znajdę melodramat u chłopaka. Już pornografia wydawała się być bardziej oczywista.
- Głupie, co? - zawstydził się.
- To tak się wyrywa panienki, co? Cwaniaczek...
- Myślałem, że tym razem też zadziała - wydął dolną wargę.
- Jeśli chcesz zrobić na mnie wrażenie, musisz się trochę bardziej postarać.

***

Nie minęło pół godziny, kiedy dziewczyna oparta o moje ramię, zasnęła. Pamiętnik chyba faktycznie nie zrobił na niej większego wrażenia. Znała na pamięć każdy dialog.
Paranoja.
Tak ładnie pachniała. Zsunąłem ją z siebie. Nakryłem popielatą bluzą.
Było kilka minut po dwudziestej trzeciej. Poczułem wibracje w kieszeni.
To Casper.
Ciśnienie mi podskoczyło.
Odebrałem.
- Zostaw ją w spokoju, rozumiesz? - warknąłem.
- Ritter Park za piętnaście minut. Nie spóźnij się - odparł.
Nie czekał na odpowiedź, rozłączył się.
Zabrałem klucze i wybiegłem z mieszkania.
Siedział na jednej z parkowych ławek.
- Co dla mnie masz, Harry? - uśmiechał się triumfalnie. Wiedział, że przyjdę.
- Czego od niej chcesz?
- Nie możemy załatwić tego spokojnie?
- Nie - rzuciłem stanowczo.
Nienawidziłem go. Byłem tą nienawiścią zaślepiony, jak nigdy.
Gdybym tylko mógł się na niego rzucić, rozszarpałbym go. Bez wyrzutów.
- Zrobię co zechcesz, ale zostaw ją. Błagam - zaciąłem zęby. Zacisnąłem mocno pięści. Moje knykcie zbielały.
Podszedł do mnie. Spokojnym krokiem.
Zahaczył dłonie na mojej koszulce, popchnął z całej siły. Upadłem na ziemię.
Sapałem.
Pragnąłem zemsty.
Jeszcze bardziej paraliżowała mnie myśl, że jestem bezradny.
- Dlaczego?
- Mam swoje powody.
- Musisz ją ranić? I to jeszcze w tak perfidnie wyrachowany sposób...
- Widzisz przyjacielu, to jest najzabawniejsze. Ty ją skrzywdzisz, nie ja. Ja będę się bacznie przyglądał, ale nie tknę jej palcem - skrzyżował ręce na piersi.
- Dlaczego?
- Chcesz wiedzieć zbyt dużo. Wróć do niej. Wiesz, co masz robić.
- A co, jeśli odmówię?
- Wtedy twój dług nie zostanie spłacony, a babunia może się bardzo rozczarować swoim wnuczkiem - jeździł językiem po dziąsłach.
W tę i z powrotem.
- Jesteś śmieciem - warknąłem.
Plunął na moje buty. Zacisnął palce na moim podbródku.
Nie miałem już sił żeby walczyć.
- Zabawne, ile nienawiści mieści się w takim bladym, chłopięcym ciałku.
Puścił mnie.
- Do widzenia, Harry - poklepał mnie po policzku.
Odszedł.
Poniżył mnie. Upokorzył. To właśnie w tym był najlepszy.

***

- Kurna, wyłącz to - krzyknęłam. Przewróciłam się na drugi bok, ale hałas nie ustawał.
Wkurzona zlazłam z sofy.
Jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby czajnik gwizdał tak głośno. Z impetem wyłączyłam gaz. Nie lubiłam, kiedy coś mnie budziło, a zwłaszcza w tak nieprzyjemny sposób.
Zdjęłam czajnik z palnika. Postawiłam go na podkładkę. Kiedy chciałam się odsunąć od blatu, zaczepiłam dłonią pojemnik ze sztućcami. Jeden z noży wbił mi się w palec, a kiedy nim niechcący szarpnęłam, zranił mnie jeszcze bardziej.
- Jaki idiota kładzie noże ostrzem do góry?! - krzyknęłam wkurzona do bladych ścian. - Cholera, cholera, cholera, cholera - chodziłam po mieszkaniu szukając jakiegoś plastra, bandaża czy nawet szmatki.
Harry nie miał żadnej wody utlenionej, żadnych lekarstw. NIC.
Przegrzebałam mu chyba wszystkie szafki. Było ich mało. W końcu to kawalerka. Przyłożyłam do palca chusteczkę. Otworzyłam szufladę biurka, wywaliłam teczki, z których na ziemię posypały się zdjęcia.
Wszystko było przeciwko mnie.
Mnóstwo zdjęć wyglądających znajomo.
Uspokoiłam się. Przycisnęłam chusteczkę mocniej.
Schyliłam się.
Na wszystkich byłam ja. Fotki legitymacyjne sprzed kilku lat i z wakacji w Pensylwanii, na które zabrał mnie ojciec kiedy byłam mała. Nawet aktualne, ale zrobione jakby z ukrycia.
Były do nich dołączone akta szkolne, wydruki z bankomatu, a nawet skan wypełnionego przeze mnie quizu z jakiegoś kolorowego magazynu, który kupiła mi Courtney kiedy byłam chora.
Zastygłam bez ruchu. Z trudem złapałam powietrze. Moje ciało natychmiast odrętwiało. Przeklnęłam pod nosem.
Czułam, jak cały świat się przede mną zamyka.
Dyszałam jak opętana.
Przymrużyłam oczy. Grunt powoli usuwał się spod moich stóp. Zrobiło mi się słabo. Jak przez mgłę usłyszałam klucz przekręcany w drzwiach.
"Cholera, akurat w takim momencie. Takie rzeczy dzieją się w horrorach, nie w prawdziwym życiu." - pomyślałam.
Pozbierałam zdjęcia. Upchnęłam do szuflady.
- Sydney? - zapytał z przedpokoju.
- Tak? - walczyłam z oddechem szybszym niż kiedykolwiek.
- Coś się stało? - uśmiechnął się dyplomatycznie.
- Nadziałam się i szukam teraz jakiegoś opatrunku albo cholernego bandaża, żeby to jakoś zatamować.
- Pokaż to - podszedł do mnie. Odskoczyłam. - Daj rękę - przybliżał się do mnie, a ja robiłam wszystko, żeby tylko mnie nie dotknął.
Budził wstręt, obrzydzenie.
Byłam przerażona.
Osunęłam się na ziemię. Uklęknął obok mnie.
- Sydney, Sydney? - potrząsał mną.
Zrobiło mi się duszno. Pomieszczenie zamieniło się w małą, ciasną klatkę.
Byłam wyczerpana. Słyszałam głuche brzęczenie w uszach. Mięśnie zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa.
Zakręciło mi się w głowie.
- Zostaw mnie - wycedziłam przez zęby, aż w końcu mój policzek przykleił się do zimnej, lepkiej podłogi.

O szorstkie stopy haczył wełniany koc. To był własnie jeden z powodów, dla których do spania ubierałam skarpetki.
Na dworze było ciemno. Chłopak nie zasłaniał okien. Ukradkiem spojrzałam na zegar.
Czwarta siedemnaście.
Harry zobaczył, że się obudziłam.
- Jak się czujesz? - zapytał.
Wypuściłam z ust powietrze. Spojrzałam się na niego badawczo.
- Dobrze - powiedziałam bez przekonania.
- To dobrze - jego głos był oschły. Bardziej chrypliwy niż zwykle.
- Co się stało? - wyrwałam go z przemyśleń. Głupie pytanie...
Mój palec był owinięty bandażem. Opatrzył mnie.
- Może ty mi to powiesz? - jeździł kciukiem wzdłuż kości policzkowych. Jego głowa opadła na chwilę do tyłu.
- Nie najlepiej znoszę widok krwi - spojrzałam się na niego. Czekałam, aż łyknie haczyk.
- To wszystko?
Pokiwałam głową.
Chyba przeszło.
- Powinnam już iść - zeszłam z sofy. Kręciło mi się w głowie. Roztarłam skronie. Czułam się niewyobrażalnie paskudnie. Zdjęłam z wieszaka moją militarną kurtkę, zawiązałam siwe buty za kostkę.
Harry się nie odzywał. Siedział oparty łokciami o uda i bawił się swoim zarostem.
Nagle poczułam silny ucisk. Brunet otoczył swoją dłonią krągłość mojego ramienia.
Myślałam, że moje serce zaraz wyeksploduje i rozszarpie żebra. Pojawił się tak znikąd.
- Zostań jeszcze chwilę, niedługo się rozjaśni - przy moim uchu zabrzmiał jego dźwięczny głos.
To nie była prośba.
To był wyraźny rozkaz.
Zmarszczyłam brwi.
Spojrzałam się w jego oczy. Tęczówki przy tym świetle zdawały się być bardziej ponure, szare.
Wyszarpałam się z jego uścisku. Ugryzłam się w język.
- Muszę iść - warknęłam stanowczo.
Nacisnęłam na klamkę i trzasnęłam drzwiami.

***

Widziała zdjęcia.
Przez jej przeszklone spojrzenie poczułem się jak zboczeniec.
Kopnąłem regał z książkami. Wszystkie wylądowały na ziemi. Głośny huk.
Zepchnąłem wszystkie rzeczy ze stołu.
Dałem upust gniewu.
Oparłem się otwartymi dłońmi o blat biurka.
Otworzyłem szufladę. Były w niej zdjęcia.
Równo poukładane.
Jakby nienaruszone.
Tylko biała teczka, tuż przy krawędzi była poplamiona kilkoma kroplami krwi.

Ludzie robią ze mną co chcą. Jestem nikim.
__________________________________________________________
Mówiłam, że będzie we wtorek i jest.
Mógłby być lepszy, ale chciałam dotrzymać obietnicy.
Komentarze, polecanie = nowy rozdział
Teraz już nie ma żadnych obietnic ;)
Kocham Was za to co dla mnie robicie. Za komentarze, czy prywatne wiadomości. Pomagacie mi rozwijać swoją pasję i nawet nie wiem jak mam Wam za to dziękować, kochane!
Pozdrawiam i miłego tygodnia życzę, Ameliaxoxo