piątek, 28 grudnia 2012

19. Nie wiem, czy potrafiłabym mu wybaczyć...


http://www.youtube.com/watch?hl=pl&v=L6ViM8tKG1Q&gl=PL

- Słyszałaś strzał? - zapytał komendant nerwowo stukając skuwką długopisu o stół.
- Nie - odpowiedziałam na ponownie zadane pytanie.
- A więc przybyłaś na miejsce zdarzenia, zobaczyłaś chłopaka i zadzwoniłaś na pogotowie?
- Dokładnie.
- Skąd na broni znalazły się twoje odciski palców?
- Nie wiem - wzruszyłam ramionami. Mężczyzna spojrzał się na mnie groźnie. Wzięłam głęboki wdech. - Niech pan pomyśli, czy gdybym to ja strzeliła, dzwoniłabym na pogotowie?
- Na narzędziu zbrodni są tylko twoje odciski palców.
- Cholera jasna! Nie mam z tym nic wspólnego, niech mi pan uwierzy. Nawet nie widziałam tego narzędzia zbrodni!
- W takim razie pozostaje jeszcze jedna kwestia - powiedział pociągając dużym, zadartym nosem. - Jak znalazłaś się na miejscu zdarzenia? Chyba nie kierowałaś się głosem serca - zadrwił.
Przełknęłam głośno ślinę wpatrując się w szare oczy mężczyzny ukryte pod gęstymi brwiami.
- Nie mogę powiedzieć...
- Chyba spodobał ci się areszt, panno Shelley.
Spuściłam wzrok.
- Czy oprócz ciebie był tam ktoś jeszcze?
- W ruderze na kompletnym pustkowiu? Oczywiście, obserwowała mnie publiczność - uśmiechnęłam się sarkastycznie.
Skrzyżował ręce na piersi kierując w moją stronę gardzące spojrzenie. Już chciał się odezwać, ale przeszkodził mu mężczyzna wchodzący do pomieszczenia.
- Casper Thacher już się obudził. Można z nim rozmawiać - oznajmił. Mimowolnie się wzdrygnęłam. Jego słowa przyprawiły mnie o palpitacje serca.
- Zajmij się dziewczyną, a ja do niego pojadę.
Mężczyzna pokiwał głową.
- Muszę tam jechać. Proszę mnie wypuścić! - gwałtownie podniosłam się z siedzenia.
Komendant skrzywił się znacząco, po czym wyszedł z pokoju przesłuchań.
Oczekując na jakiekolwiek wieści, wierciłam się na krześle. Mężczyzna, który miał ze mną zostać, wyszedł po trzydziestu minutach nie odpowiadając na żadne z zadanych przeze mnie pytań. Oparłam na stole łokcie, by rozmasować skronie.

Czas dłużył się w nieskończoność. Kiedy ochroniarz wyprowadził mnie z pomieszczenia, spojrzałam na zegar. Minęło dokładnie dziewięćdziesiąt minut od kiedy z aresztu zabrano mnie na przesłuchanie.
- Podpisze pani kilka papierów i będzie pani mogła wrócić do domu - powiedziała policjantka, kiedy barczysty mężczyzna wprowadził mnie do jej biura.
- To wszystko? Spędziłam w areszcie całą noc, byłam dwa razy przesłuchiwana i teraz mnie tak zwyczajnie wypuszczacie? - zapytałam nie kryjąc oburzenia.
- Proszę pani, jeśli chce pani zostać w areszcie jeszcze jedną noc, nie ma problemu. W innym razie, proszę złożyć tutaj podpis - wyciągnęła w moją stronę długopis.
Podpisałam się imieniem i nazwiskiem.
- To wszystko? - zapytałam.
- Na chwilę obecną, tak. Spokojnie... Myślę, że jeszcze się spotkamy. Tymczasem, proszę nie opuszczać miasta.
- Nie mam nic do ukrycia - patrzyłam na nią zacięcie.
Kobieta spojrzała w dokumenty, po czym przeniosła na mnie wzrok.
- Odwiedzanie Caspra Thachera, chyba nie będzie teraz dobrym pomysłem. Jego zeznania wcale nie świadczą o pani niewinności.
Spojrzałam w sufit, przymrużyłam powieki chcąc zebrać myśli.
- Ma pani męża? - zapytałam.
- Co to ma do rzeczy?
- Niech mi pani odpowie.
- Nie, nie mam - odpowiedziała zadzierając wysoko brodę.
- A była pani kiedykolwiek zakochana?
Spuściła wzrok, rumieniąc się delikatnie.
- Muszę się z nim spotkać, muszę z nim porozmawiać. Proszę, niech mi pani nie mówi co w tej chwili jest słuszne, a co nie. Postąpię tak, jak każdy postąpiłby będąc na moim miejscu.
- W takim razie, do widzenia - powiedziała bez cienia uprzejmości w głosie.
- Wolałabym jednak nie - odparłam uszczypliwie, po czym udałam się w stronę drzwi wyjściowych.

Wbiegłam po schodach na pierwsze piętro szpitala ledwo łapiąc dech w piersiach. Na końcu korytarza zauważyłam pielęgniarkę, która właśnie kończyła swój dyżur. Podbiegłam do niej.
- Mogę się z nim zobaczyć? - wysapałam nabierając powietrza do płuc.
- On powinien teraz odpoczywać. Niedawno wyszła od niego policja. Jest zmęczony. To nie jest dobry pomysł - powiedziała zbywając mnie wzrokiem.
Złapałam ją za ramiona.
- Błagam panią, na chwilę, błagam - lekko nią potrząsnęłam.
- Skończyłam pracę, nie mogę - mówiła będąc rozdarta pomiędzy tym co powinna, a tym co chciałaby zrobić.
- Proszę, bardzo proszę.
- Generalnie, ordynator nie zabronił...
Przycisnęłam ją mocno do siebie nie pozwalając dokończyć.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się tak wdzięcznie, jak tylko potrafiłam. - Wesołych świąt - dodałam, po czym szybkim krokiem podeszłam do sali chłopaka ledwo słysząc ciche "nawzajem" z ust młodej pielęgniarki.
Bezszelestnie zamknęłam za sobą drzwi.
Spojrzałam na niego. Był przykryty białą kołdrą. Delikatnie poruszył odrętwiałymi palcami. Otworzył powieki. Spojrzałam w jego przygasłe oczy. Nie były już ciemnoniebieskie, jak wcześniej. Teraz czarowały czekoladowym kolorem. Były oprawione wachlarzem długich, czarnych rzęs. Zmarszczył brwi na mój widok. Wyglądał na zdziwionego. Po chwili jednak, jego twarz rozpromieniała.
- Jak się czujesz? - zapytałam cicho.
Chłopak podniósł się, a z jego ust wydobył się jęk pełen bólu. Poprawiłam jego poduszkę, by mógł wygodnie usiąść.
- Powiedzmy, że daję radę - wysilił się na uśmiech.
- Nie kłam.
- Shelley, co za idiotyczne pytanie - pokręcił głową.
- Przepraszam - kciukiem przetarłam jego zmarszczone czoło. - Mam tyle pytań, że nawet nie wiem od czego zacząć - zaśmiałam się nerwowo.
- Należą ci się wyjaśnienia. Zrozumiem, jeśli to co usłyszysz ci się nie spodoba - spoważniał.
- Casper, ty prawie zginąłeś. Teraz przełknę już chyba wszystko.
- W takim razie, może zacznę od początku?
Pokiwałam głową.
Chłopak wziął głęboki wdech.
- Urodziłem się w Anglii, wychowywałem z matką i bratem w niewielkim miasteczku. Kiedy skończyłem pięć lat, mój ojciec zginął, a jego miejsce zajął Peter. Z początku, było całkiem dobrze. Twój ojciec dogadywał się z moją matką, tak samo jak ze mną i moim bratem. Ale kiedy tylko zyskał nasze zaufanie, rozpoczęło się piekło. Zaczął pić, bić moją matkę, a ponieważ nas utrzymywał i był jedynym źródłem dochodów, nie mogła nic zrobić.
Zacząłem mieć problemy w szkole, nie zdawałem do następnych klas, wpadłem w złe towarzystwo. Zacząłem handlować, żeby zarobić dla nas pieniądze, żeby moja matka mogła od niego odejść - zaczerpnął dużo powietrza, jakby ten oddech miał mu już starczyć do końca świata.
- A ty? - zapytałam drżącym głosem. - Czy ty też brałeś?
- Kilka razy, lżejszy towar. Jednego razu, kiedy Peter przyszedł do domu pijany, wyszedłem na zewnątrz, żeby zapalić. Zobaczył mnie, wziął stalowy pręt i wbił mi go w przedramię - powiedział, a ja od razu przypomniałam sobie bliznę, którą zauważyłam na jego ręce, kiedy przyszłam do niego pierwszy raz. - Zaczął mnie wyzywać i powiedział, że jest to dla mnie nauczka i że teraz może będę posłuszny.
- Nie mogłeś się wyprowadzić? Zamieszkać gdzie indziej?
- Musiałem opiekować się matką, która tak naprawdę wciąż go kochała i nie dostrzegała w nim potwora. Powtarzała, że bez niego nie damy sobie rady - wykrzywił się. - Kiedy miałem osiemnaście lat, u mojej matki wykryto gruźlicę. Potrzebowała pieniędzy na leczenie i badania.
- Kiedy miałeś osiemnaście lat? Przecież teraz masz...
- Dwadzieścia jeden. Jestem od ciebie starszy, Sydney. Alkohol piję legalnie, pracuję w warsztacie samochodowym.
- Przecież to niemożliwe - przełknęłam głośno ślinę.
Usiadłam na krześle przy jego łóżku. Podał mi swoją dłoń, zacisnął mocno palce.
- Kiedy okazało się, że moja matka może umrzeć, poprosiła go o pieniądze. I wiesz co? Nie dał jej ani gorsza. Chciał wyjechać, uwolnić się od mojej rodziny. Ostatniego wieczoru, przed jego wyjazdem usłyszałem krzyki mojej matki z ich wspólnej sypialni. Wszedłem i... - zawahał się, a potem w jego oczach pojawiły się łzy. Jedna z nich, spłynęła wolno po policzku. Chłopak starł ją tak szybko, jakby wypalała dziurę w jego twarzy. - Zgwałcił ją - dokończył. - Peter zauważył mnie, zaczął mi grozić, ale zdążyłem uciec. Wiedział, że w każdej chwili mogłem pójść na policję, dlatego też jak najszybciej wyleciał z kraju.
- Wróciłeś do domu? - zapytałam szepcząc.
- Wróciłem. Moja matka nadal nie miała pieniędzy, więc znalazłem pracę w stolarni wciąż handlując narkotykami. Kiedy czułem, że tracę swoją anonimowość i nie jestem bezpieczny, wyleciałem do Stanów mówiąc matce, że znalazłem tu pracę.
- Dlaczego chciałeś mi zrobić krzywdę?
- Dlatego, że byłaś spokrewniona z nim. Chęć zemsty mnie zaślepiła, nie wiedziałem co zrobić. Chciałem, żebyś cierpiała tak, jak ja cierpiałem przez twojego ojca! - wbił swoje palce w miękką, białą, szpitalną pościel. - I niczego nie żałuję bardziej - dodał na pozór opanowanym głosem.
- Myślałam, że gruźlica nie jest śmiertelną chorobą.
- Moja matka była w zaawansowanym stadium. W jej płucach następowały zmiany, nacieki gruźliczne, czy coś takiego. Mogła umrzeć.
- Nie rozumiem, dlaczego do tego wykorzystałeś Harrego.
- Był mi winny pieniądze, a ja ich potrzebowałem.
- I przeprowadziłeś się tak blisko Petera? Przecież ciągle ryzykowałeś, że cię znajdzie.
- Stąd te szkła kontaktowe, zmiana koloru włosów i tożsamości. Dla zabezpieczenia. Wiedziałem, że mieszka w Filadelfii, więc się tam nie zbliżałem. On miał na mnie haka, ja na niego. Wiedział, że handlowałem. Z resztą, chciałem ciebie poznać, Sydney.
- Czyli byłam dla ciebie przedmiotem, na którym mogłeś się wyżyć? - zapytałam cicho. W moim głosie nie było słychać pretensji.
- Przepraszam - spiął swoje wargi w cienką kreskę.
- Kto cię postrzelił? - zapytałam czując jak łzy żłobią dziury w moich polikach.
- Twój ojciec - powiedział ledwo słyszalnie. - Chybił. Gdybyś wtedy nie zaczęła wołać Harrego, nie zdążyłby uciec i znalazłabyś mnie martwego.
- Skąd on wiedział, że mieszkasz w Harlow?
Nie odpowiedział. Pokręcił tylko głową.
- Powiedz mi Casper, proszę. Jesteś mi to winny.
- Harry się z nim kontaktował... - szepnął.
- On dzwonił do mnie. Dzwonił, żebym tam przyjechała, kiedy zostałeś postrzelony.
- Powiedziałaś to policji?
- Nie, nie potrafiłam.
- Może znał zamiary twojego ojca...
- Nie mów tak o nim! To nie jest mój ojciec! - wrzasnęłam. Chłopak szybko przyłożył palec wskazujący do warg, żebym zamilkła.
Wzięłam kilka głębokich oddechów.
- O czym rozmawiałeś z policją?
- Nie powiedziałem im wszystkiego, ale to tylko kwestia czasu zanim sami się dowiedzą. Prędzej czy później, pójdę siedzieć.
- Nie możesz! - zaprotestowałam.
- Cicho, Sydney... - wplótł palce w moje włosy. - On zasłużył na to, żeby smażyć się w piekle. Albo pójdziemy do więzienia razem, albo żaden z nas tam nie pójdzie. Nie zasłużyłaś, żeby tak cierpieć, Sydney. Będzie lepiej, jeżeli zniknę z twojego życia. Przepraszam - pocałował moje włosy.
Do sali weszła jedna z pielęgniarek.
- Proszę już wyjść - powiedziała trzymając dłonie na szerokich biodrach.
Podniosłam się patrząc na delikatnie uśmiechniętego Caspra, po czym omijając wzrok naburmuszonej kobiety, wyszłam z sali.

Przekręciłam klucz w zamku. Weszliśmy do jego mieszkania.
- Dzięki za wszystko Shelley, ale naprawdę już nie musisz chodzić za mną krok w krok. Czuję się już zupełnie dobrze.
- Wiem, ale może chcę - uśmiechnęłam się podnosząc jeden kącik ust. Dyskretnie oblizałam wargi.
- W takim razie, może częściej powinienem dać się postrzelić? - zażartował.
Szturchnęłam go w ramię.
- Chyba nigdy się nie zmienisz - przewróciłam oczami.
Chłopak wszedł do kuchni, po czym nalał do szklanki whisky.
- Chyba nie - mrugnął jednym okiem podsuwając krawędź szklanki pod wargi.
Rozejrzałam się dokładnie po jego mieszkaniu. Oprócz sztangi, starej gitary akustycznej i plakatów przylepionych do ścian, przy jego kanapie stała pokaźna kolekcja książek. Duży regał zapełniony był mnóstwem thrillerów, kryminałów i dramatów.
- Nie zwróciłam na to wcześniej uwagi - muskałam opuszkami palców grzbiety równo poukładanych książek. - Nie myślałeś o tym, żeby skończyć szkołę?
- Chwilami - odparł krótko.
- Nie opowiedziałeś mi, co stało się z twoją mamą.
- Żyje. Mieszka razem z moim bratem w Birmingham. Znalazła pracę. Wiem, że było jej ciężko, ale daje sobie radę. Utrzymujemy jakiś kontakt.
- Jakiś?
- Głównie kontaktuję się z bratem - powiedział, po czym zabrał się za molestowanie wargami szklanki z alkoholem.
- Mówiłeś, że przyleciałeś do Stanów razem z nim.
- Sydney, nie przywiązuj większej wagi do tego, co mówiłem wcześniej. Kłamałem.
- Jutro znowu mam pójść na komisariat. A co, jeżeli nie znajdą Petera i to ja pójdę do więzienia? - zapytałam szeptem.
Chłopak podszedł do mnie. Spojrzał gorliwie w moje oczy ujmując dłońmi moją twarz.
- Nie pozwolę na to, obiecuję - przytulił mnie do siebie. Położył brodę na moich włosach.
- Nasze zachowanie chyba nie jest do końca fair - odsunęłam się od niego.
- Myślałem, że nie jesteś już z Harrym.
- Daliśmy sobie trochę czasu kiedy powiedziałam mu, że nie jestem pewna co do ciebie czuję...
- Sydney, teraz już nie chodzi o to by być fair. Chodzi o to, żeby żyć i kochać. Tylko to nam zostało - powiedział, po czym zaatakował mnie pocałunkiem. Wpił się z uczuciem w moje rozpalone wargi. Nasze języki toczyły zaciętą walkę o dominację. Jego gorący dotyk i zaborcze spojrzenie powodowało dreszcz podniecenia na moim ciele. Chłopak podniósł moją nogę, jednym ruchem podwinął spódniczkę przytrzymując moje udo. Przyparł mnie do ściany całując po dekolcie. Zdjęłam z siebie bluzkę. Nie mogąc zaczerpnąć powietrza, niechętnie odsunęłam się od chłopaka. Popchnął mnie na swoje łóżko. Zrzucając swoje ciuchy strącaliśmy wszystkie rzeczy z szafek. Wbiłam palce w rozpaloną skórę jego pleców. Szybko pozbył się mojego stanika. Pieścił wargami moje stwardniałe sutki. Jęknęłam cicho. Spojrzał w moje tęczówki.
- Jesteś pewna? - zapytał.
Pokiwałam głową.
Mocno złapałam za jego nagą skórę i przyciągnęłam do siebie. Syknął. Poczułam krople potu spływające pomiędzy moimi piersiami. Casper zlizał je koniuszkiem języka. Czułam, jak tracę kontrolę pod wpływem jego soczystych pocałunków składanych na całym ciele. Moja krew wrzała niemal doprowadzając do eksplozji żył. Kiedy chwilami otwierałam oczy wydawało mi się, że widzę parę uchodzącą z naszych naszych nagich ciał. Odchyliłam głowę pozwalając, by chłopak muskał okolice moich obojczyków i szyi. Złapał mój podbródek. Przyssał się do moich warg penetrując językiem ich zakamarki. Z całej siły zacisnęłam palce na pościeli cicho szeleszczącej pod ciężarem naszych pulsujących ciał. Jego wyrzeźbiona klatka piersiowa łaskotała moje nogi, kiedy swoimi pocałunkami schodził coraz niżej. Wypięłam swoje ciało w łuk poddając się rozkoszy. Spojrzałam w jego bezczelnie cudowne oczy w kolorze ciemnej, gorzkiej kawy. Przewróciłam go tak, żeby leżał na mokrym prześcieradle. Przygryzłam jego wargę. Czułam, że już nie może się powstrzymać. Odwrócił mnie i podniósł się. Sprawnie zdjął ze mnie czerwoną bieliznę. Zacisnął palce na pośladkach. Jęknęłam cicho.
Płonęłam.
Robił to delikatnie, powoli. Z czasem przyspieszył. Ciągle patrzył w moje oczy. Kiedy skończył, opadł na mnie oddychając szybko. Czułam się tak dobrze, jak nigdy. Moje serce zdawało się zapomnieć jak bić. Wargi zaczynały sinieć przez jego silne, pewne i namiętne pocałunki.
Odetchnęłam.

Przez okno wpadały warkocze promieni słonecznych delikatnie łaskocząc moją twarz. Czułam jak pieści moją skórę. Byłam w stanie euforii.
Podczas gdy Casper jeszcze spał, nucąc piosenkę Bruno Marsa, weszłam do kuchni, żeby zrobić nam coś do jedzenia. Swój wzrok skierowałam w stronę blatu, na którym leżał telefon chłopaka. Dzwonił nieznany numer. Odebrałam mimo świadomości, że nie powinnam tego robić.
- Casper, on ciebie szuka. Musisz uciekać razem z Sydney - usłyszałam chrypliwy, brytyjski głos.
Zamarłam. W moim gardle utkwił głos.
- Halo? Słyszysz mnie?
Nie odpowiadałam.
- Sydney, to ty? - zapytał niepewnie.
Milczałam.
- Sydney, to musisz być ty. Proszę, odezwij się i powiedz, że wszystko jest w porządku.
Rozłączyłam się przełykając gęstą ślinę. Odłożyłam jego komórkę na blat.
Gdzieś w środku, targały mną wyrzuty sumienia. Mimo tego, że już nie byłam z Harrym czułam się tak, jakbym do niego należała.
Coś łączyło mnie z ich obojgiem. Będąc przy jednym z nich, zapominałam o istnieniu drugiego.
Wiedziałam, że teraz wszyscy jesteśmy w niebezpieczeństwie i nie potrafiłam poradzić sobie z faktem, że Harry jest po jego stronie.
Nie widziałam go od tygodnia.
Gdyby pokazał się chociaż na chwilę.
Właściwie nie wiem, czy zmieniłoby to cokolwiek.
Nie wiem, czy potrafiłabym mu wybaczyć...
______________________________________
Cholera, chyba jednak nie da rady skończyć na 20 rozdziale. Nie wiem, czy to dobrze czy źle... Fani Harrego i Sydney po tym rozdziale chyba nie są zachwyceni, co?
Ale spokojnie, spokojnie... Jeszcze nie postawiłam przy niczym kropki, także oczekujcie kolejnych rozdziałów!
No i mam nadzieję, że mniej więcej wszystko się wyjaśniło. Kombinowałam, kombinowałam, aż w końcu otrzymałyście rozwiązanie wielu zagadek. Jeżeli wciąż macie jakieś wątpliwości, czegoś nie rozumiecie,  pytajcie w komentarzach, a ja postaram się na wszystko udzielić odpowiedzi.
Wiem, że mogłyście się pogubić.
Będę ogromnie wdzięczna za każdy komentarz.
Pozdrawiam, Amelia <3

Piszcie linki do swoich opowiadań!. Dawno nie naczytałam się tylu opowiadań i imaginów o One Direction :) Są świetne, kurde! Aż zaczytam wątpić w swój rzekomy talent. Ale chcę więcej, więcej!!! Mam ochotę na czytanie i komentowanie, no i mam na to duuuuużo czasu :)



wtorek, 25 grudnia 2012

18. Strzępki nadziei


http://www.youtube.com/watch?v=LVsrP9OJ6PA

23 grudnia 7:18

- Głupi budzik - nałożyłam na głowę poduszkę czekając aż alarm sam się wyłączy. Jak na złość, dzwonił już chyba dobre trzy minuty.
Zirytowana, wymacałam niewielkie, plastikowe pudełko i nacisnęłam na guzik.
Prychnęłam wiedząc, że i tak już nie będę mogła zasnąć. Włożyłam na bose stopy czerwone kapcie i udałam się do kuchni.
Schodząc po schodach, poczułam intensywny aromat cynamonu.
- Dzień dobry, cukiereczku - powiedziała melodyjnym głosem moja matka.
W najlepsze krzątała się po kuchni w bieliźnie i szlafroku.
Wywróciłam oczami.
- A jednak się pojawiłaś. Co cię tutaj sprowadza? - mruknęłam.
- Mieszkam tutaj.
 Podała mi ciepłe mleko i kawałek kupnego ciasta.
- Żartujesz, prawda? - zakpiłam. - To, że jesteś tutaj zameldowana nie znaczy wcale, że tu mieszkasz.
Wyjęłam z koszyka jabłko i wzięłam dużego gryza.
- Nawet nie posmakujesz? Zrobiłam to dla ciebie, Syd.
- Po pierwsze, nie mów do mnie Syd. Po drugie, nie potrafisz gotować, kupiłaś to ciasto. Po trzecie, skoro jesteś moją matką to powinnaś wiedzieć, że od dziecka mam uczulenie na migdały, których w tym cieście jest mnóstwo - odsunęłam talerzyk.
- Sydney, chcę być obecna w twoim życiu - uśmiechnęła się delikatnie głaszcząc moje dłonie.
- Nie sądzisz, że na to już trochę za późno? - warknęłam.
Spuściła wzrok. Wzięła szmatkę i zaczęła wycierać okruchy z blatu.
- Na jak długo zostajesz? - zapytałam łagodniejszym tonem.
- Nie jestem pewna.
Spojrzałam na nią i nagle zrozumiałam o co jej chodzi. Zaśmiałam się sarkastycznie.
- Nie wierzę. Wykopał cię z mieszkania - pokręciłam głową z dezaprobatą.
- O czym mówisz?
- Nie udawaj, że nie wiesz. Wcale nie wynajęłaś mieszkania, tylko zamieszkałaś u kolejnego faceta. Dziwiłam się, dlaczego tak długo nie wracasz aż w końcu wszystko zaczęło układać się w logiczną całość. Nie wierzę... Jesteś po prostu niemożliwa.
- Sydney, chcę naprawić relację pomiędzy nami. Chcę ci pomóc.
Zaśmiałam się głośno.
- Chcesz naprawiać relacje pomiędzy nami, dlatego, że nie masz gdzie mieszkać? Mam już dość tego, że ciągle dajesz mi strzępki nadziei. Że jak głupia wierzę, że jest jeszcze szansa, że będziemy normalną rodziną. Widzisz mamusiu, problem w tym, że ja już nie mam rodziny. A ty w każdym razie do niej nie należysz - wysyczałam. - Mam cię już dość - dodałam smutnym głosem. - Od stycznia zaczynam pracę w księgarni. Będę zarabiała na swoje utrzymanie - mój oddech ugrzązł w krtani. - Spakuj się i wyprowadź, albo ja to zrobię - dokończyłam z całych sił przygryzając dolną wargę.
- Syd... Proszę - powiedziała błagalnie.
- Nie, mamo! Mam już dość. Przepraszam, ale ja już tak dłużej nie potrafię - wyszeptałam przez zaciśnięte gardło.

11:03

Idąc dość swobodnym krokiem wpatrywałam się w kolorowe, świąteczne wystawy sklepów. Wdychałam rześkie, poranne powietrze.
Uśmiechałam się pod nosem widząc zabieganych ludzi kupujących w ostatniej chwili prezenty dla bliskich. Czułam ucisk w żołądku, a jednocześnie cieszyłam się, że mają kogoś, komu mogą sprawić radość.
Od zawsze lubiłam zapach świeżej choinki i sernika. Święta spędzałam inaczej niż moi rówieśnicy. Nie śpiewaliśmy kolęd, a drzewko było sztuczne. Mimo to, zawsze czułam ciepło i szczęście siadając przy boku rodziców, którzy tego wieczoru byli całkowicie do mojej dyspozycji. Po przyjeździe do Stanów, mama była tak rozgoryczona, że przestałyśmy obchodzić święta Bożego Narodzenia. Jedyny zwyczaj jaki pozostał to dawanie sobie niewielkich prezentów i jedzenie na kolację ryby i sałatki - czyli dwóch potraw, które moja matka potrafiła względnie przyrządzić.
Święto w moim domu w pewien sposób wymarło, ale nigdy tego nie żałowałam. Wolałam pamiętać ten piękny wieczór w towarzystwie rodziny niż zasiadanie przy stole z mamą i udawanie, że wszystko jest okej.
W mojej pamięci zostało to, co najpiękniejsze. Nie chciałam na starość wspominać czegoś sztucznego, udawanego.
- Zapakować? - ciepły głos kasjera wyrwał mnie z przemyśleń.
- Tak, poproszę - uśmiechnęłam się delikatnie mając nadzieję, że nie wyglądało to jak grymas.
Przystojny mężczyzna zapakował w ozdobny papier dwie książki i płytę Adele.
Zerknęłam na niego ponownie nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że skądś go znam.
- Przepraszam, czy my się nie znamy? - zapytałam nieśmiało.
- Jesteś Sydney - uśmiechnął się wesoło. - Byliśmy razem na zajęciach plastyczno-fotograficznych kilka miesięcy temu. Stałaś sztalugę przede mną.
- Ah tak! Liam, prawda? - uśmiechnęłam się. - Jak to możliwe, że byłam tutaj z tysiąc razy i nigdy cię nie widziałam - zagadnęłam go.
- Może porozmawiamy o tym przy kawie?
Przygryzłam wargę.
"Przecież spotkanie z sympatycznym i przystojnym chłopakiem, nie musi być od razu zobowiązujące" - pomyślałam.
Pokiwałam głową.
- W takim razie, będę czekał na ciebie pod sklepem o godzinie szesnastej. Do zobaczenia, Sydney.
- Do zobaczenia.
Uśmiechnięta od ucha do ucha, wyszłam ze sklepu.
Dzisiejszy dzień należał do mnie - nie było w nim miejsca na zamartwianie się i płacz. W końcu mogłam odetchnąć, a Boże Narodzenie chyba było na to najlepszym momentem.

15:03

Wracałam spokojnym krokiem z zakupów, kiedy poczułam wibracje w kieszeni.
Wyjęłam komórkę.
- Słucham?
- Sydney, przyjedź jak najszybciej do pustostanu na 17th Street. Błagam, pospiesz się - usłyszałam głos Harrego po drugiej stronie. Był roztrzęsiony, przerażony i zanim zdążyłam zadać jakiekolwiek pytanie, rozłączył się.
Wstałam raptownie i złapałam taksówkę. Mężczyzna za kierownicą wlókł się niemiłosiernie. Kiedy tylko poprosiłam, żeby przyspieszył, odpowiadał flegmatycznym tonem, że musi trzymać się przepisów.
Wystarczyło dyskretne pomachanie kilkoma dolarami, żeby jego prawość nagle zniknęła.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, rzuciłam w mężczyznę kilkoma papierkami i wybiegłam z taksówki.
Rozglądając się za Harrym, biegłam w stronę ruin. Przenikliwy, ogłuszający krzyk odbił się echem w mojej czaszce. Głuche jęki zaprowadziły mnie do celu.
W kałuży krwi leżał Casper. Przyciskał swoją dłoń do brzucha jęcząc przez zaciśnięte zęby. Jego twarz była wykrzywiona bólem.
Moje serce biło tak, jakby chciało wyłamać każde żebro i wydostać się na zewnątrz.
Podbiegłam do niego. Wyjęłam z torby telefon komórkowy wybierając drżącymi dłońmi numer pogotowia. Miałam mętlik w głowie. Wszystkie cyfry się mieszały, a wypowiadane słowa nie miały najmniejszego sensu.
Jęki Caspra wyprowadzały mnie z równowagi. Czułam jak jego ból przeszywa każdą komórkę mojego ciała wprowadzając chaos i nieporządek.
Przyjechała karetka. Ratownicy krzyczeli, aparatura pikała doprowadzając mnie do szału. Schowałam twarz w dłoniach.
Wszystko działo się tak szybko, a każda sekunda była na wagę złota.

15:45

Wzięłam głęboki oddech.
Moje ciało oblewała fala ciepła. Czułam pot na skórze. Kręciło mi się w głowie.
Beznamiętnie wpatrywałam się przed siebie gryząc z całych sił wskazujący palec mojej dłoni zaciśniętej w pięść. Mimo leków na uspokojenie, byłam roztrzęsiona.
Nagle, na swoim ramieniu poczułam miękką, niewielką dłoń. Wzdrygnęłam się lekko. Spojrzałam w prawo.
Dziewczynka zabrała rękę.
- Mam na imię Anna, a ty? - spojrzała na mnie beztrosko.
Siedziała na wózku inwalidzkim. Miała śliczne, błękitne oczy i ładne, różowe usta, które wyraźnie odbijały się na alabastrowej cerze. Była łysa. Miała około dziewięciu lat. Wyglądała na zmęczoną, ale to nie przeszkadzało jej w śmiałym obdarowywaniu uśmiechem wszystkich pacjentów szpitala.
- To twój chłopak? - zapytała odważnie.
- Nie, to mój - spojrzałam się w stronę sali operacyjnej. - Przyjaciel - dokończyłam.
- Mam nadzieję, że nie umrze - powiedziała swobodnie.
- Ja też.
Bacznie przyglądałam się jej łysinie.
- Mam raka mózgu - uśmiechnęła się łagodnie odpowiadając na pytanie, którego bałam się zadać. - To zabawne, że lekarze boją się powiedzieć mi, że wkrótce umrę. Wszyscy obchodzą się ze mną jak z jajkiem.
- Boisz się śmierci?
- Troszeczkę, jak każdy - odparła. - Bardziej martwię się o moich rodziców. Tę całą chorobę przeżywają gorzej ode mnie - zaśmiała się - Nie chcę umrzeć, ale tak musi być - uśmiechnęła się smutno.
Po moim poliku pociekły łzy.
- Nie wyglądasz mi na osobę, która mazgai się przez byle kogo. Nie trać na mnie łez. Tam leży twój chłopak. Myśl teraz o nim - uśmiechnęła się wesoło. - Wiesz, chciałabym mieć chłopaka. Jak to jest? Czujesz motylki w brzuchu, kiedy na niego patrzysz? - błękit jej oczu zabłysnął.
Zastanawiałam się przez chwilę, co powiedzieć. W końcu nie byłam z Casprem.
- Kiedy jestem przy nim czuję się trochę tak, jakby nic innego poza nami nie istniało. Jakbyśmy byli jedynymi ludźmi na świecie. Czuję się bezpiecznie - powiedziałam zgodnie z prawdą.
- To musi być piękne - wzruszyła się. - Kochasz go?
Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Tak, kocham go - szepnęłam. - Kocham go - powtórzyłam nieco odważniej, jakbym chciała przekonać do tego samą siebie.
- Szczęściara - powiedziała. - Poczekać tutaj z tobą? Na niego?
Pokiwałam głową.
Siedziałyśmy w ciszy, kiedy Anna cichym, anielskim głosem zaczęła śpiewać kolędę.
- Jakie jest twoje marzenie? - przerwałam jej pytaniem.
- Chciałabym spędzić Wigilię w domu - szepnęła. - Z rodzicami.
Spojrzałam się w jej stronę, a ona uśmiechnęła się promiennie delikatnie kiwając głową w rytm śpiewanej kolędy.

Przed moimi oczami majaczył numer sali, w której leżał Casper. Przyglądałam się chłopakowi przez szybę drzwi. Obserwowałam jego bladą cerę, sine usta i zapadnięte poliki. Jego widok przyprawiał mnie o mrowienie na całym ciele.
Czułam odrętwienie na samą myśl, że mógł zginąć, gdybym go nie znalazła.
Gdybym tylko się spóźniła, ah... wolałam nawet o tym nie myśleć.
- Przepraszam, doktorze - zatrzymałam mężczyznę w wieku średnim z pokaźnym wąsem, który operował Caspra.
- Słucham - odezwał się chrapliwym głosem.
Spojrzałam na chłopaka leżącego w szpitalnym łóżku.
- Jest pani kimś z rodziny?
- Jestem jego dziewczyną - skłamałam.
Westchnął.
- Został postrzelony. Stracił dużo krwi. To pani zadzwoniła na pogotowie?
Pokiwałam głową.
- Była pani świadkiem postrzału?
- Nie.
- Policja podejmie odpowiednie działania, tymczasem proszę wrócić do domu i odpocząć. Więcej informacji niestety nie mogę udzielić.
- Dziękuję - powiedziałam.
Lekarz uśmiechnął się kącikiem ust.
- Czy on będzie żył? - wykrztusiłam z siebie.
- Proszę wrócić do domu, odpocząć. To musiał być dla pani ciężki dzień - zbył moje pytanie.
Chwiejnym krokiem podeszłam do krzesła.
Było przed godziną dziewiętnastą.
Siedząc na wyjątkowo niewygodnym, zimnym krześle czekałam, aż się obudzi. Aż usłyszę od lekarzy, że mogę się z nim zobaczyć.
- Powinna pani wrócić do domu - usłyszałam nad sobą głos jednej z pielęgniarek, która wcześniej zabrała Annę.
- Zostanę jeszcze.
- Chłopak musi odpocząć. Pani również.
- Dobrze, za chwilę wyjdę - warknęłam, nie mogąc się opanować.
- Powinna się pani za niego pomodlić - powiedziała nie przejmując się moją nieuprzejmością.
- Bóg mi nigdy nie pomógł. W tej sytuacji też jest raczej bezsilny.
- Czy pani nie widzi, że to cud? On przeżył, mimo, że było to prawie niemożliwe.
- On został postrzelony. Gdzie wtedy był Bóg?
- To nie Bóg go postrzelił, tylko człowiek - uśmiechnęła się smutno, po czym wróciła do swoich zajęć.
W mojej głowie piętrzyły się pytania, nad których odpowiedziami wolałam się nie zastanawiać. Skrzyżowałam ręce na piersi czuwając przy chłopaku.

21:39

Weszłam do mieszkania. Teraz, wszystko wydawało się być jeszcze bardziej puste i ciche niż zwykle. Skierowałam kroki do kuchni, mimo, że wcale nie miałam ochoty jeść. Przy mikrofali leżało pudełko oklejone ozdobnym papierem. Przewiązane było czerwoną wstążką. Wyjęłam z szuflady nożyczki i przecięłam ją. Zdjęłam wieczko pudełka. W środku znajdowała się ramka niezdarnie oklejona kolorowym makaronem. W środku ramki było zdjęcie, a na nim ja razem z mamą. Miałam wtedy może z pięć lat. Do prezentu dołączony był list. Od razu rozpoznałam te zgrabne, pochyłe litery na papierze popryskanym perfumami.

"Sydney...
Dałaś mi tę ramkę na dwudzieste czwarte urodziny. Od tamtej pory miała swoje stałe miejsce na etażerce przy moim łóżku. Wstawiłam tam nasze wspólne zdjęcie. Rano, spoglądałam na nie i wiedziałam, że mam kogoś, dla kogo chcę się budzić. Nie oczekuję, że wybaczysz mi zaniedbanie swoich obowiązków. Nie ma dla mnie żadnego usprawiedliwienia. Pogubiłam się i straciłam najdroższą mi osobę - straciłam Ciebie. 
Jestem dumna, że mogę nazywać Cię swoją córką, bo nie potrafiłabym wymarzyć sobie lepszego dziecka od Ciebie. Jesteś silna, odważna i masz dobre serce. 
Jestem Tobie coś winna, dlatego odchodzę z Twojego życia. Będę nad Tobą czuwała oraz wysyłała Ci pieniądze. 
Mam nadzieję, że będziesz dla swojego dziecka lepszą matką, niż ja byłam dla Ciebie. 
Kocham Cię, Córeczko. 
Mama

Na kartkę papieru spłynęły moje łzy. Podsunęłam ją pod nos. Pachniała tak ładnie. Owocowo i świeżo. Od lat używała tych samych perfum.
Ten prezent był najpiękniejszym, jaki kiedykolwiek od niej dostałam.
Postawiłam ramkę na toaletce w moim pokoju. Spojrzałam w lustro. Spięłam włosy w kitkę. Ubrałam szare dresy i fioletowy podkoszulek.
Wybrałam numer Harrego.
Nie odbierał.
Zadzwoniłam ponownie.
Brak odpowiedzi.
Kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi, zbiegłam na dół z nadzieją, że po drugiej stronie stoi Harry.
Gwałtownie chwyciłam za klamkę.
- Pani Sydney Shelley? - zapytał komendant.
- Tak, w czym mogę pomóc?
- Musimy panią zabrać na posterunek policji - odparł oficjalnym, niskim tembrem głosu.
- O co chodzi?
- Jest pani podejrzana o usiłowanie zabójstwa Caspra Thachera - mężczyzna szarpnął za rękaw mojej bluzy, po czym założył na moje nadgarstki kajdanki.
____________________________________________
Osiemnasty rozdział.
Romantyzmu brak, ale mam nadzieję, że nie jest aż taki zły.
Komu kibicujecie?
Sydney+Casper czy Sydney+Harry
Jest to taki niewielki prezent dla Was, ode mnie. Mam nadzieję, że się podoba :)
Korzystając z okazji, chcę ponownie złożyć Wam serdeczne życzenia. Święta się jeszcze nie skończyły, a więc wszystkiego najlepszego, zdrowia, radości, spełnienia marzeń. Szampańskiej zabawy w Sylwestra i udanego roku 2013.
Ten rozdział dedykuję dla Was wszystkich, dla moich czytelniczek dziękując za szczęście, jakie wniosłyście do mojego życia. Dziękuję, że mogę robić to co kocham, a Wy doceniacie mój wysiłek.
Pozdrawiam, kocham Was, Amelia
gg: 33348455

ps. A może Wy również sprawicie mi prezent i skomentujecie ten rozdział? :)

sobota, 22 grudnia 2012

17. Plan bezbłędny

http://www.youtube.com/watch?v=rtOvBOTyX00

- Wyglądasz naprawdę niesamowicie - powiedziała z uśmiechem Courtney. Jej uśmiech był inny niż zwykle. Bardziej nieśmiały, delikatny, pokorny, ale nadal tak samo promienny i przyjazny.
Odwzajemniłam go.
Suknia idealnie przylegała do mojego ciała. Podkreślała wszystkie atuty mojej sylwetki maskując jednocześnie niedoskonałości. Piękny gorset w kremowym kolorze, wysadzany kryształkami uwydatniał mój niewielki biust. Dół sukni był skromny. Kilka warstw tiulu, w tym samym kolorze, łagodnie łaskotało podłogę. Zakręciłam włosy lokówką tak, by kasztanowe loki delikatnie opadały na plecy. Na powieki nałożyłam trochę złotego cienia do powiek. Podkręciłam spojrzenie zalotką i pomalowałam rzęsy maskarą. Makijaż dopełniłam różową pomadką.
- Cieszę się, że dałaś namówić się na ten bal.
- Tak długo się do niego przygotowywałam - prowadziła opuszki palców po gorsecie wpatrując się w swoje odbicie w ogromnym, podłużnym lustrze stojącym przy ścianie. - A teraz chciałabym od tego wszystkiego uciec. Tak nagle przestało mieć to znaczenie - wyszeptała.
- Courtney, nie znam nikogo silniejszego od ciebie.
Z małego, szkarłatnego, matowego pudełeczka w kształcie serduszka wyjęłam złoty wisiorek z szafirem, który idealnie podkreślał czerwień jej jedwabnej sukni.
Dziewczyna uniosła swoje długie, proste włosy. Założyłam na jej szyję łańcuszek z kamieniem. - Damy jakoś radę.
- To wszystko chyba nadal nie może do mnie do końca dotrzeć - jej głos zadrżał nieznacznie. - Będę matką. Osiemnastoletnią matką, rozumiesz? - w jej oczach pojawiły się niechciane łzy, które oszkliły jej przerażone spojrzenie.
- Wiele kobiet zrobiłoby wszystko, żeby być na twoim miejscu.
Wzięła głęboki oddech.
Zimne powietrze zza okna, otulało jej gołe plecy. Miała na sobie krwistoczerwoną suknię sięgającą do ziemi. Dekolt na plecach był bardzo głęboki. Sięgał do dołeczków u dołu kręgosłupa.
- To jak, chyba idziemy, co? - zapytała.
Podałam jej futrzaną kurtkę. Westchnęła cicho.
- Chyba tak - pogłaskałam jej ramię, by okazać jej swoje wsparcie.

Jak co roku, bal odbywał się w rezydencji burmistrza miasta. Święto patrona jedynego liceum znajdującego się w miasteczku odbywało się niedługo przed nadchodzącymi świętami Bożego Narodzenia oraz przed wyborami burmistrza. Tą imprezą obecny burmistrz zwykle gwarantował sobie poparcie mieszkańców Harlow.
Weszłyśmy do sali balowej. Obcasy moich szpilek stukały o duże, błyszczące kafle w piękne wzory. Po prawej stronie sali znajdowały marmurowe schody, a po lewej niewielka scena pokryta dywanem w azteckie wzory. Muzyka była grana na żywo. Z sufitu spływały piękne, kryształowe żyrandole, które podkreślały uroczystość wydarzenia.
Casper stał z boku sali. Otaczał go krąg wpatrzonych w niego kobiet. Ich oczy błyszczały. Chichotały wpatrując się w ubranego w czarny garnitur chłopaka.
Gdy spojrzał w moją stronę, szybko spuściłam wzrok. Cały czas czułam na sobie jego spojrzenie. Ponownie zerknęłam w jego stronę. Podszedł do mnie. Podał swoją dłoń.
Zaprowadził w stronę kelnera podającego szampana.
- Wiesz już coś? - zapytałam.
- Nie kontaktowałem się z nim. Miał wrócić dzisiaj.
- Dlaczego wyjechał? Nadal nie potrafię tego zrozumieć  - zatrzymaliśmy się na środku sali.
Zmarszczył brwi. Potarł dłonią o swój niewielki zarost.
- Nawet nie wiemy, czy wróci - przymrużyłam zmartwione oczy.
Ujął moją twarz w swoje dłonie.
- Wróci, obiecuję ci to - uśmiechnął się pokrzepiająco. - Zatańczymy? - zapytał ze śmiertelną powagą w głosie.
- Myślałam, że nie tańczysz.
- Bywają wyjątki - uniósł kącik ust.
Złapał za moją dłoń, a drugą delikatnie przyłożył do mojego biodra.
- Tańczysz naprawdę dobrze - powiedziałam.
Uśmiechnął się.
- Chyba masz słabość do trzydziestolatek, co? - dodałam kiwając głową w stronę jego wielbicielek.
- Nie, Sydney - szepnął do mojego ucha. - Mam słabość do ciebie.
 Jego ciepły oddech sprawiał, że od razu uginały się pode mną nogi. Kiedy mnie dotykał czułam się tak, jakby dotykał dokładnie każdej części mojego ciała, pieścił płatki skóry i muskał wszystkie nerwy. Przysunęłam się bliżej niego, żeby poczuć zapach jego czarnej marynarki. Działał na mnie jak najdroższy afrodyzjak. Moje ciało było pobudzone jak nigdy wcześniej. Nie mogłam się opanować, a walka z samą sobą przyprawiała mnie o ból głowy. Czułam jak jego ciało, jak magnes, przyciąga mnie do siebie. Delikatnie odsunął mnie od siebie, żeby móc spojrzeć w moje spragnione oczy. Przesunął palce po moich skroniach. Mój oddech stał się szybszy.
Pragnęłam namiętności. Pragnęłam jego.
Wzięłam głęboki wdech. Oderwałam się od jego magnetyzującego spojrzenia. Wyplątałam z objęć i szybkim krokiem udałam na zewnątrz. Duże, oszklone drzwi wyprowadziły mnie na ogrody. Równo przycięte klomby przyozdobione były milionami pięknie migoczących, białych lampek. Wyglądało to co najmniej magicznie. Podświetlana fontanna stojąca na środku, wypuszczała strumień krystalicznej wody.
Usłyszałam za sobą kroki. Kątem oka widziałam jego sylwetkę.
- Dlaczego czuję się, jakbym była w klatce? - zapytałam.
- Wolność wcale nie polega na robieniu tego, czego się zechce. Życie to jeden, wielki przypadek, zbieg okoliczności - złapał moją dłoń. Położył ją na moją klatkę piersiową. - To od ciebie zależy, czym chcesz się kierować. Rozsądkiem, czy sercem.
- Jeśli zacznę kierować się emocjami, zniszczę samą siebie. Będę przez chwilę szczęśliwa po to, żeby później cierpieć. A nie mogę więcej cierpieć. Żal, smutek mnie wykończy - moje brązowe loki delikatnie zawirowały na wietrze.
- Emocje czynią cię człowiekiem - szepnął żarliwie. - Skoro go tak bardzo kochasz, to czemu go ranisz? -  odsunął się ode mnie. Włożył ręce do kieszeni spodni. - Sądzisz, że się niedomyśla? Myślisz, że nie wie co jest pomiędzy nami?
- A jest coś?
- Nie wiem, może ty mi powiesz? - mruknął nieco obrażonym tonem. - Jeśli chcesz z nim być, bądź z nim szczera.
- Dlaczego dajesz mi rady? Przecież nie chcesz, żebym z nim była - chłopak złapał moją dłoń. Przysunął mnie do siebie. Położyłam dłonie na jego klatce piersiowej.
- Sydney, niczego nie pragnę bardziej niż twojego szczęścia. Nienawidzę siebie za to, jak bardzo cię kocham. Jednocześnie jesteś jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie w życiu mnie spotkały. Nie żałuję, że ciebie poznałem. Żałuję tylko, że nie potrafiłem wykorzystać swojej szansy.
Złapał mój podbródek.
Poczułam ciarki na całym ciele.
Jeden moment.
Tak niezwykle magiczny.
- Chyba pójdę poszukać Courtney - szepnęłam.
- Sydney, poczekaj...
Odwróciłam się.
- Wyglądasz dzisiaj naprawdę pięknie.
Założyłam dłonie na piersi. Delikatnie uniosłam jeden kącik ust wpatrując się żałośnie w jego błyszczące spojrzenie.
Weszłam na salę. Kobiety cicho chichotały słuchając komplemetujących je mężczyzn. Z wyraźnie połechtaną samooceną, zadzierały do góry głowy. Rozejrzałam się dookoła szukając wzrokiem Courtney. Sprawdziłam każdy zakamarek, udałam się również do salonu. Nacisnęłam klamkę jednej z łazienek na parterze. Była zajęta. Przystawiłam głowę do drzwi. Usłyszałam ciche szlochanie przyjaciółki.
- Courtney, otwórz! Proszę!
Przekręciła kluczyk w zamku. Wciągnęła mnie do środka i trzasnęła drzwiami. Po jej dekolcie spływała strużka krwi. Białym papierem toaletowym wycierała mokre oczy.
Nacisnęła na spłuczkę.
Oderwałam listek papieru, po czym wytarłam jej dekolt.
- Co się do licha stało?
- Rzygałam, ryczałam - wydusiła z siebie starając uspokoić nierówny oddech. - Kiedy wstałam, z mojego nosa zaczęła lecieć krew. Zakręciło mi się w głowie i wtedy zapukałaś ty.
Po jej policzkach spływały nabrzmiałe krople łez.
- Powinnam zabrać cię do lekarza!
Odchyliła głowę do tyłu. Przeczesała długimi, zgrabnymi palcami włosy. Przymknęła na chwilę powieki, żeby zebrać myśli.
- Sydney, ja jestem w ciąży - prychnęła sarkastycznie. - Rzyganie to w tym momencie mój najmniejszy problem.
- Musisz być naprawdę osłabiona. Nie powinnam była cię tutaj zabierać. To wszystko moja wina - powiedziałam przeklinając pod nosem.
- Przestań, do cholery jasnej! - wrzasnęła. - Przestań o wszystko obarczać siebie. To moje dziecko, to mój problem. Zrozum, że nie możesz całego świata zmienić na lepsze. Powinnaś zacząć od siebie, okej? - jej oczy były czerwone, zapłakane. - Dziękuję ci za twoje poświęcenie, ale masz już wystarczająco popaprane życie. Nie mogę wtrącać do niego swoich problemów.
Przytuliłam ją mocno.
Nie powiedziałam już nic. Ona też milczała szlochając cichutko.
Wsłuchiwałam się w jej nierówny rytm oddechu głaszcząc jej plecy.

Leniwym krokiem weszłam do pustego domu. Drzwi były otwarte, co od razu nasunęło mi myśl, że moja matka jest w domu. Nigdy nie zakluczała drzwi.
Nawet nie miałam ochoty się z nią widzieć. W sumie, śmiało można by powiedzieć: "z wzajemnością".
Zdjęłam suknię i powiesiłam ją na klamerkach w łazience. Rajstopy wrzuciłam do szuflady. Ze stóp ściągnęłam szpilki czując natychmiastową ulgę.
Było mi zimno. Obeszły mnie dreszcze. W samej bieliźnie, przestępując z nogi na nogę weszłam do pokoju.
Na parapecie siedział Harry. Kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się szeroko. Podbiegłam do niego i mocno wtuliłam. Podniósł mnie i obrócił kilka razy wokół własnej osi.
Pocałowałam go soczyście, spojrzałam w jego piękne, zielone tęczówki.
- Powinnam być na ciebie cholernie zła, ale nie potrafię.
- Wybacz, Sydney, ale byłem... - położyłam palec wskazujący na jego wargach.
- Nie obchodzi mnie to gdzie byłeś i dlaczego nie dzwoniłeś. Chcę tylko, żebyś wiedział, że umierałam z tęsknoty i jeśli jeszcze kiedykolwiek wywiniesz mi taki numer to pamiętaj, że nie będziesz miał już po co wracać.
Ujął moją twarz w dłonie i pocałował mnie w czoło.
- Przepraszam, naprawdę.
- Jestem na ciebie tak bardzo wkurzona i jednocześnie tak bardzo szczęśliwa, że nie wiem czy mam cię okładać pięściami czy raczej całować.
Przytulił mnie całując ponownie.
- Obiecuję ci, Sydney. Kiedyś się stąd wyrwiemy. Może zamieszkamy w San Francisco, albo będziemy podróżowali. Pokażę ci wszystko, cały świat i obiecuję, że zostanę przy tobie.
- Co się stało podczas tego wyjazdu? Cały promieniejesz - uniosłam dociekliwie jedną brew uśmiechając się szeroko.
- Powiedzmy, że podróż była całkiem udana - założył kosmyki moich włosów za uszy. - Jesteś taka piękna.
Musnęłam wargami jego policzek.
- Nawet nie będę pytała, jak się tutaj dostałeś.
- Nie pytaj. I tak ci nie powiem.
Zaśmiałam się cicho.
Popchnął mnie delikatnie na łóżko. Składał delikatne pocałunki w okolicach szyi i dekoltu.
Wplotłam palce w jego rozczochrane włosy.
Przygryzł moją wargę.
- Obiecaj, że będziesz ze mną szczery i że będziesz się odzywał. Cały czas czekałam na twój telefon, jak skończona idiotka - wyszeptałam. Uśmiechnął się pokazując rząd białych zębów.
- Oczywiście - odparł.
Podniosłam się. Złapałam jego dłoń.
- Proszę cię, obiecaj.
- Sydney, obiecuję - z jego twarzy nie schodził uśmiech, jakby to co powiedział było całkowicie oczywiste. Ubrałam jedwabny, jasnoróżowy szlafrok leżący na fotelu.
- W takim razie, muszę ci coś powiedzieć... - powiedziałam niepewnie.
Jego wyraz twarzy spoważniał.
Wbiłam palce w miękką pościel.
- Harry, wiesz że cię kocham, prawda? - spojrzałam w jego oczy, których źrenice znacznie się powiększyły. Jego grdyka zadrżała. - A ponieważ cię kocham, nie mogę cię oszukiwać - zaczerpnęłam powietrza. - Jestem w tej chwili tak zagubiona - zbierałam w głowie myśli przypominając sobie rozmowę z Casprem. Chciałam z siebie wszystko wyrzucić, ale powstrzymałam się. W efekcie zacisnęłam jedynie wargi. - Potrzebuję teraz czasu. Nie wiem co myśleć, ale...
- Ale czujesz coś do Caspra - dokończył.
W jego oku zakręciła się samotna łza, która łagodnie spływając po zarumienionym poliku stworzyła kryształowy tor. Dłonią, szybko przetarł twarz.
Zacisnęłam palce na rękawach szlafroka.
Zapłakałam cicho.
- Dajmy sobie trochę czasu. Muszę się teraz we wszystkim odnaleźć - szepnęłam. Chłopak mnie objął.
- Poczekam na ciebie, Sydney. Tak długo, jak będę musiał - pocałował mój mokry policzek. - Przyszedłem tutaj, bo chciałem podarować ci to - z kieszeni wyjął czerwone pudełko. - Otwórz to, kiedy już wyjdę - wręczył mi je.
O podłogę uderzały wartkie strumienie słonej wody.
- Przepraszam... - powiedziałam ledwo słyszalnie. Chłopak jednak usłyszał.
Poprowadził palce po moim policzku. Przymrużył powieki, po czym wyszedł z mojego pokoju.
Otworzyłam niewielkich rozmiarów pudełko.
W środku znajdowała się bransoletka wykonana z białego złota. Delikatna, zgrabna z wygrawerowanym imieniem na środku. "Sydney"...
Założyłam ją na nadgarstek.
Była przepiękna.
Miałam ochotę krzyczeć. Włożyć swoją pięść do gardła. Płakać.
Ale nie miałam już na to siły.
Na nic, właściwie.

                                                                                ***

Wybrałem jego numer.
- Załatwione - mruknąłem.
- Jak zareagowała?
- Nie wiem, pewnie jej się spodobała.
- To dobrze. Nic jej nie powiedziałeś?
- Nie, nic. Pewnie myśli, że prezent jest ode mnie - oznajmiłem. - Teraz twoja kolej.
- Zajmę się nim, z przyjemnością.
- Zrób tak, żeby stąd wyjechał. Na zawsze.
- Wyjedzie, kiedy tylko się z nim policzę - powiedział.
- Co on właściwie ci zrobił? Dlaczego tak bardzo zależy ci na zemście?
W słuchawce zabrzmiał głośny, pusty śmiech.
- Słuchaj kolego, jesteś całkiem sympatyczny. Problem w tym, że prawdziwy facet nie jest sympatyczny. Nie udawaj, że masz jaja i nie wtrącaj się. Twoje zadanie już skończone.
- Chodziło tylko o to, żebym dał jej jakąś pieprzoną bransoletkę?
- Ta pieprzona bransoletka jest jedyną rzeczą, jaką mogę ją uszczęśliwić, jaką mogę jej dać.
- Casper powiedział, że możesz ją skrzywdzić - powiedziałem podejrzliwie.
- Bzdura! Po prostu nie chciał, żebyś przyjechał i go zdemaskował. Żebym wiedział, gdzie teraz się znajduje. On się mnie boi.
- Teraz już wiesz.
- Tak, wiem i zajmę się nim.
Kiedy zamilkł i czułem, że zaraz naciśnie czerwoną słuchawkę dodałem:
- Zamierzasz spotkać się z Sydney?
Nie odzywał się przez chwilę.
- Wystarczająco spieprzyłem jej życie. Nie zasługuje na to, żebym znowu je niszczył. Nieważne, jak bardzo chciałbym się z nią zobaczyć.
- A chcesz?
- Nie, nie chcę - powiedział obojętnie, po czym się rozłączył.
Wiedzieliśmy doskonale, że chce, ale miał za mało odwagi, żeby się do tego przyznać.
Teraz mieliśmy ten sam cel.
On zniszczy Caspra, a ja odzyskam Sydney.
Plan bezbłędny.
___________________________________________
Zbliżamy się do końca :)
Wiem, że porównujecie moje opowiadanie do wielu seriali i książek, ale tak naprawdę inspirację biorę z własnych doświadczeń, które naprawdę można by było opisać w książce ;) Nawet jeśli znajdujecie jakieś podobieństwa np. imiona czy sytuacje to wiedzcie, że jest to kompletny przypadek lub że nieświadomie wykorzystałam to, co wcześniej przeczytałam, zobaczyłam i utkwiło mi w głowie.
Planuję zakończyć to opowiadanie na rozdziale 20. Zobaczymy jeszcze jak wszystko dalej się potoczy.
Wybaczcie, że tak długo musieliście czekać. Mam swoje powody, dość osobiste :) Następny dodam, kto wie? Może w poniedziałek jako prezent Bożonarodzeniowy. Tak swoją drogą kochane, życzę Wam pięknych Świąt spędzonych w gronie rodzinnym, szczęścia, zdrowia, bezpieczeństwa, miłości, a dla siebie również tego, żebym ciągle mogła Was zaskakiwać i zadowalać swoimi opowiadaniami.
Nawet jeśli to dobiegnie końca, to szykuje się następne i może nawet lepsze :)
Pozdrawiam i ściskam, Ameliaxoxo
ps. Ten rozdział jest chyba najdłuższy jak do tej pory ;pp

czwartek, 13 grudnia 2012

16. Nigdy nie będę dobrym gościem.

http://www.youtube.com/watch?v=4S2qdRbVNTI

Maszerowałem pewnym krokiem do Grate. Zbliżała się godzina dwudziesta. Ludzie jak co dzień, pospiesznie wracali do domu, zadzierając wysoko zaczerwienione od zimna czubki nosów.
Nawet niebo zachmurzyło się groźnie grzmiąc co jakiś czas nienawistnie. Przedzierałem się przez pełne krzyku, gwarne ulice, starając utwierdzić się w przekonaniu, że spotkanie z Casprem było jednak dobrym pomysłem.
Przestąpiłem przez próg lokalu. Zająłem miejsce przy barze, zamówiłem whisky. Barmanka, która jednocześnie była moją sąsiadką, uśmiechnęła się dociekliwie, ale nie poprosiła o dowód.
- Mam nadzieję, że chodzi o coś ważnego - usłyszałem przy uchu głos przepełniony jadem.
Casper przysiadł się, po czym zamówił ten sam trunek.
- Chodzi o Sydney. Z tego co wiem, tobie również nie jest obojętna - zacząłem.
Zmarszczył gęste brwi.
- Słucham...
- Spotykam się z Peterem. Jutro jadę do Filadelfii na kilka dni.
Na sam dźwięk jego imienia, Casper drgnął niemal niezauważalnie.
- Zwariowałeś? Przecież on cię zabije - bąknął bez cienia wzruszenia w głosie. Jego oczy były tak obojętne.
- Nie zna mnie.
Zaśmiał się cicho. Na jego twarzy pojawił się typowy dla niego, uśmiech pełen kpiny.
- Zrobi wszystko, żeby dotrzeć do Sydney i wykorzysta cię do tego. Miałeś się nią opiekować, a nie narażać na niebezpieczeństwo. Nie pozwolę ci na to.
- Chyba nie powinno cię to obchodzić. Kiedy coś mi się stanie, będziesz miał Sydney całą dla siebie - rozpostarłem ramiona.
- Wolę patrzeć, jak jesteście razem i mieć świadomość, że jest bezpieczna - jego głos zadrżał nieznacznie. - Po co chcesz tam jechać?
- Chcę mu powiedzieć, żeby nie próbował jej odwiedzać.
Zaśmiał się tak głośno, że dźwięk jego śmiechu odbił się od oklejonych czerwoną tapetą ścian, a spojrzenia klientów skupiły się na naszej dwójce.
- Chcesz jechać do niego i powiedzieć, żeby tutaj nie przyjeżdżał? Ha! Uważaj, bo na pewno cię posłucha. Dasz mu jeszcze więcej powodów do odwiedzenia córeczki. Swoją drogą, gdyby nie ty, ta rozmowa nie miałaby miejsca.
- Co masz na myśli?
- Ty zadzwoniłeś do mojej matki, a ona wszystko ci powiedziała. Później okłamałeś Sydney, bo bałeś się, że będzie chciała się z nim zobaczyć i ją stracisz. Widzisz, teraz ryzyko jest jeszcze większe. Jeżeli straci do ciebie zaufanie, to już nigdy go nie odzyskasz. Nie wybaczy ci.
Podniosłem hardo wzrok.
- Nie wtrącaj się. Wiem co robię - warknąłem.
- No więc, dlaczego mi to mówisz? Jaki masz w tym interes? - wziął duży łyk alkoholu.
- Chcę, żebyś się nią zaopiekował, kiedy mnie nie będzie. Wkrótce jest bal. Zabierz ją na niego. Jako przyjaciel. TYLKO I WYŁĄCZNIE - zaakcentowałem groźnie.
- Nie pójdzie tam ze mną. Nienawidzi mnie. Z resztą, nie kapuję... To twoja dziewczyna i chcesz, żeby poszła na radę z innym? Stary, jesteś beznadziejny...
- Jestem w niej zakochany. Miłość opiera się na zaufaniu - odparł. - W okolicach Filadelfii mieszka mój kumpel, zatrzymam się u niego.
- Powiesz jej coś?
- Tak, zadzwonię do niej.
Casper zaczerpnął głośno powietrza. Zawahał się na chwilę.
- Uważaj na słowa. Nie wiem po co tam jedziesz i nie obchodzi mnie co z tobą zrobi, ale jeżeli powiesz zbyt wiele, wróci tutaj. Może zranić Sydney i jej matkę, a one niczym sobie na to nie zasłużyły.
- Wiem co robię, jasne? - I nie wchodź mi w drogę, poradzę sobie, ale tylko wtedy, kiedy będziesz trzymał się z daleka.
- Potrafisz kłamać bez mrugnięcia okiem - prychnął cicho zatapiając wargi w szklance. - Z pewnością dasz sobie radę.
Rzuciłem w jego stronę przelotne spojrzenie, wcisnąłem ręce do kieszeni płaszcza i wyszedłem z Grate.

***

Zastukałam kołatką w drzwi Courtney. Mieszkała w jednym z najładniejszych domów w okolicy. Posiadłość była położona kilkanaście kilometrów od zgiełku miasta. Zawsze zazdrościłam jej miejsca, gdzie może się zaszyć i zapomnieć o całym świecie.
Dla Courtney spędzanie czasu w idealnym domu z idealnymi rodzicami było wyraźnie nużące. Kiedy tylko mogła, jeździła do miasteczka - chociaż jej zdaniem, ono również było stanowczo za małe.
Dom był bardzo duży i zadbany. Dopieszczony w każdym detalu. Zdjęcia na kominku, ułożone kolorystycznie oraz ręczniki w łazience, pasujące do aktualnej glazury.
Rodzice dziewczyny, traktowali ją bardzo surowo, co jedynie uwydatniało jej buntowniczą naturę.
Krople zimnego deszczu muskały mój zaczerwieniony nos. Zapełniałam swoje płuca rześkim, porannym powietrzem.
Courtney otworzyła drzwi.
Raptownie chwyciła moją dłoń i wciągnęła mnie do środka. Zaprowadziła mnie do łazienki na parterze.
Nerwowo ściągnęła z półki pod lustrem coś plastikowego, podłużnego, przypominającego wyglądem termometr elektroniczny.
Wcisnęła mi to w ręce.
- Co do chole...?
- Spójrz, Sydney... Dwie kreski - szepnęła drżącym głosem.
Podniosłam wzrok, unosząc brwi. Nie kryłam zdziwienia.
- Powtarzałaś test? Jesteś pewna?
Pokiwała niepewnie głową.
- Courtney, wiesz kto jest ojcem? - wyszeptałam widząc, jak dławi się własnym lękiem.
- Chyba Caleb - wzruszyła niedbale ramionami miękko wypowiadając jego imię. - Jestem pewna. Miesiączka mi się spóźnia. Sydney, to koniec - wyszeptała patrząc nieobecnym wzrokiem na moją bladą twarz.
Przycisnęłam ją mocno do siebie i dopiero po tym, wybuchła spazmatycznym płaczem. Cały jej nałożony z precyzją makijaż rozpływał się w kroplach łez.
Cała sytuacja sprawiała, że dziewczyna gubiła się we własnym strachu.
Starałam się uspokoić jej astmatyczny oddech. Głaskałam ją po plecach wyraźnie czując kręgi jej kręgosłupa wystające przez cienką skórę.
- Rodzice wyrzucą mnie z domu. Nie mogą się dowiedzieć. Muszę usunąć dziecko... - mówiła przez zaciśnięte gardło.
Przytulałam ją czując swoją narastającą z każdym jej słowem bezsilność.
- Cii, cicho - schowałam twarz w jej gęstych, puszystych włosach. Szlochając, usiadła na brzegu wanny. Podałam jej papier toaletowy. Wydmuchała nos i wytarła mokrą od słonej wody twarz.
- Nienawidzę płakać. Kiedy moja twarz spuchnie, wyglądam jak jagoda - zażartowała zaciskając długie, zadbane paznokcie na rolce papieru. - Sydney, co ja teraz zrobię? - dodała poważnym głosem wlepiając we mnie swoje przekrwione, zaczerwienione ślipia.
Spuściła wzrok.
Usiadłam obok niej, objęłam ją ramieniem.
- Damy sobie radę. Nie zostawię cię... - wyszeptałam żarliwie tłumiąc w sobie łzy. Nie chciałam, żeby zobaczyła, że płaczę.
Musiałam być silna. Musiałam być przy Courtney mimo, że kompletnie nie wiedziałam co robić...

Wysuszyłam włosy. Zeszłam do kuchni, żeby zrobić sobie herbaty malinowej. Miałam na sobie białą bluzkę na cienkich ramiączkach, grubą bluzę i spodnie do kolan od pidżamy w kolorowe paski.
Związałam włosy w kitka.
Usiadłam przy barku kuchennym.
Było po godzinie dwudziestej drugiej. Spędziłam z Courtney cały dzień. Przeglądałyśmy jej albumy, pamiątki, żeby chociaż na chwilę mogła zapomnieć. Była wyczerpana. Kiedy tylko zasnęła, wróciłam do domu.
Wszystko ostatnio wydawało się takie dziwne... Chociaż, może to tylko ja się zmieniłam?
Nawet w domu czułam się obco. Każdy wieczór był podobny do poprzedniego.
Pukanie do drzwi, wyrwało mnie z przemyśleń.
Otworzyłam.
- Co tutaj robisz? - warknęłam widząc stojącego na wycieraczce Caspra.
- Chciałem pogadać - uniósł delikatnie jeden kącik ust, jakby ze współczuciem.
Zaprosiłam go do środka. Wolno, demonstracyjnie przerzuciłam kilka kartek katalogu z ubraniami chcąc pokazać, że byłam zajęta - co w gruncie rzeczy, mijało się z prawdą.
- A więc, o czym chciałeś pogadać? - wzięłam łyk gorącej herbaty.
- Harry do ciebie dzwonił?
- Tak. Nie miałam czasu, żeby odebrać.
- Wyjechał. Zrobił sobie małą wycieczkę do Filadelfii na kilka dni.
- Słucham? - powiedziałam z niedowierzaniem.
- Możesz do niego zadzwonić, potwierdzi to. Ale nie dzisiaj, zadzwoń jutro rano.
- Dlaczego?
- Bo teraz musimy porozmawiać - stanął tuż przede mną. Spojrzał w moje zmęczone oczy - Mam się tobą zaopiekować podczas jego nieobecności.
- Sama dam sobie radę. Z resztą, dlaczego miałabym tobie uwierzyć?
- Masz rację, nie dałem ci do tego powodów - westchnął cicho. Opuszki jego palców dotknęły moich zarumienionych policzków. - Wiesz, Sydney... Tak naprawdę, nie ma rzeczy w której byłbym wyjątkowo dobry. No, chyba, że w ranieniu ludzi i seksie. Tak, to też idzie mi całkiem nieźle... - uśmiechnął się. Poruszył znacząco brwiami, po czym spoważniał - Nie mam daru współczucia, nie zawsze umiem wybaczać. Nigdy nie będę dobrym gościem, ale dla ciebie jestem w stanie stać się lepszą wersją samego siebie. Jesteś zbyt idealna, żeby mnie kochać. Ba! Jesteś zbyt idealna, żeby mnie znać. Przepraszam, Sydney...
- Co przedwczoraj robiłeś z tą kobietą, Biancą? - zmieniłam temat starając się nie zatracić w jego spojrzeniu.
- Nie rozumiesz, Sydney? Musisz mnie znienawidzić, bo inaczej nie będę w stanie się powstrzymać i ten wieczór nie będzie ostatnim wieczorem spędzonym w twoim mieszkaniu.
- To co się wtedy stało, to była jednorazowa sprawa - powiedziałam stanowczo przypominając sobie wieczór spędzony w jego mieszkaniu.
- Muszę tłumić wszystkie moje pragnienia. Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym cię teraz pocałować - założył mokry kosmyk moich włosów za ucho.
Spojrzałam na jego malinowe, pełne wargi. Oblizałam swoje spragnione bliskości usta, po czym szybko przeniosłam wzrok na ziemię.
- Może moja miłość nie jest tak krystaliczna jak Harrego. Bo prawdziwa miłość boli, jest skłonna do poświęceń, wyrzeczeń - wyszeptał. Objął mnie. Pocałował delikatnie moje rozpalone czoło.
Moje ciało obeszły przyjemne ciarki.
Odchrząknęłam cicho.
- Chyba powinnam zadzwonić do Harrego...
- Powinnaś - odsunął się ode mnie. Podszedł do drzwi. - Do zobaczenia na balu - uśmiechnął się delikatnie.
- Będziesz tam?
- Wstęp jest wolny, więc kto wie... Może przyjdę. Chciałbym cię zobaczyć.
- Dobranoc, Casper - powiedziałam.
Chłopak odwrócił się na pięcie i wyszedł.
Jednym oddechem potrafił, od tak, zburzyć kruchy most moich wszystkich przekonań i zatopić wszelkie nadzieje.
Nadzieje na to, że może jutro coś się zmieni, że będzie lepiej.
Patrząc na niego przypominałam sobie, że nie będzie. Że będę musiała znowu wstać rano i na nowo toczyć walkę z pożądaniem. I już nie wiedziałam, czy kierować się rozsądkiem, czy pragnieniem.
Nie wiedziałam nic.
Potrzebowałam jedynie odpoczynku.
Od świata.
Od rzeczywistości.
Żeby móc naprawić swój most i jakoś iść dalej...

____________________________
Obiecanki cacanki i rozdział jest kilka dni później niż miał być, także przepraszam. Mam nadzieję, że 16 jakoś Wam zrekompensuje czekanie.
Nie będę już obiecywała ;p
Co sądzicie? Liczę na komentarze! Pllooosię :))
gg: 33348455 + gg ostatnio coś mi nawala, ale postaram się zainstalować od nowa i odpisać na wszystkie wiadomości
Pozdrawiam i wstawiam rozdział z mnóstwem pozytywnej, świątecznej energii, Ameliaxoxo

ps. Polecamy! Komentujemy! Dodajemy do obserwowanych! Jak już się produkuję, to chcę żeby te moje wypociny chociaż ktoś czytał. :P

piątek, 7 grudnia 2012

15. Sama prosisz się o kłopoty.


http://www.youtube.com/watch?v=MaUyqaHJkfA

- O której wychodzisz?
- Za dwadzieścia minut mamy próbę generalną - odparłam upajając się aromatem czarnej, gorzkiej kawy w małej filiżance.
- Podwieźć cię?
- Nie, dzięki. Poradzę sobie - cmoknęłam Harrego w policzek. - Przyjdź wcześniej. Chcę cię widzieć w pierwszym rzędzie - pokiwałam palcem wskazującym.
Podszedł do mnie, mocno mnie do siebie przycisnął. Moje piersi rozpłaszczyły się na jego torsie. Przez cienką koszulkę, czułam jego wyrzeźbioną klatkę piersiową.
- Wyglądasz na zdenerwowaną - powiedział troskliwym głosem prowadząc opuszkami palców po moich zmarszczonych brwiach.
- To nic takiego - przerwałam na chwilę skupiając się na myśli. - Boję się, że nie wszystko pójdzie tak, jakbym tego chciała.
- Żartujesz? Przecież jesteś Sydney Shelley. Jak ciebie, dziewczynę, która jest nieustraszona, może zjadać trema?
Spojrzał w moje zmartwione oczy.
- Chyba, że nie to jest powodem twoich zmartwień... - ściszył chrypliwy ton swojego głosu.
- Nie wydaje ci się to zbyt łatwe, Harry? To, że Casper wyjeżdża. Myślę, że ma w tym jakiś interes, że coś knuje.
- Sydney, spokojnie. Nie chcę, żeby twoje podejrzenia przerodziły się w obsesję. Casper odchodzi, może nie na zawsze, ale powinniśmy cieszyć się chwilą. Może coś zrozumiał, zmienił się?
Prychnęłam cicho.
- Wierzysz w to?
- No cóż, nadzieja umiera ostatnia - wydął wargi śmiejąc się cicho.
- Harry, wieczny optymista... Lubię to w tobie - poklepałam go po szorstkim policzku. - Swoją drogą, mógłbyś się ogolić.
- Wybacz, Syd, ale wczorajszego wieczoru nie miałem czasu. Byłem zajęty. Tobą - przygryzł moją wargę. - Przypomnij mi, ile mamy czasu?
Zerknęłam na srebrny, zgrabny zegarek zdobiący mój nadgarstek.
- Za dziesięć minut muszę wyjść.
- W takim razie, zdążymy - wyszeptał mi do ucha.
Popchnął mnie na swoją miękką kanapę.
- Harry... - jęknęłam cicho.
- Cii...
Muskał wargami mój dekolt i szyję.
- Mówiłaś coś?
Zaśmiałam się.
- Spieszę się, Harry.
- Spokojnie, mamy czas - włożył swoją dłoń pod moją niebieską, przed chwilą wyprasowaną koszulę.

- To jak, Sydney? Oblewamy? - zapytał Lloyd ściągając z głowy hełm strażnika greckiego, który należał do jego przebrania.
Cała widownia była zachwycona spektaklem. Oświetlenie, muzyka, gra aktorska - wszystko było niczym w High School Musical. Cały dochód ze sprzedaży biletów miał zostać przeznaczony na zbliżający się bal z okazji dnia patrona naszej szkoły.
- Dzięki, kiedy indziej - uśmiechnęłam się dyplomatycznie.
- Jak chcesz.
Rozmawiałam z Anną, kiedy zobaczyłam Harrego. Opierał się łokciem o ścianę uśmiechając się zawadiacko. Podbiegłam do niego i mocno się wtuliłam.
- I jak?
- Pięknie wyglądałaś - położył swoje dłonie na moich ramionach.
- Nie do końca o to mi chodziło, ale dziękuję. Poczekaj tutaj. Przebiorę się i za moment będę.
- Jasne - przygryzł płatek mojego ucha.
W drodze do łazienki, mimowolnie rozglądałam się za Casprem.
Raptownie odwróciłam się w prawą stronę. Zobaczyłam go przez oszklone drzwi od stołówki. Trzymając ręce w kieszeniach skórzanej kurtki, beznamiętnym wzrokiem patrzył przez okno.
- Najpierw każesz mi zniknąć ze swojego życia, a później sama do mnie przychodzisz. O, ironio losu - powiedział stojąc do mnie bokiem. Nawet nie wysilił się na przelotne spojrzenie w moją stronę. - Całkiem nieźle dzisiaj ci wyszło. Wydawałaś się być wiarygodna. Przez chwilę nawet pomyślałem, że chcesz mnie pocałować.
- Widocznie jestem dobrą aktorką - mruknęłam pod nosem.
- Zauważyłem. Cały czas nabierasz samą siebie udając, że nic do mnie nie czujesz - spojrzał na mnie tak, że w jego oczach zdążyłam zobaczyć cień ludzkich uczuć.
- Wiesz dobrze, że kocham Harrego - odpowiedziałam na pozór opanowanym tonem.
- Nie wątpię.
- Miałeś odejść.
- Wyjdź już stąd. Sama prosisz się o kłopoty - powiedział drapiąc się po karku.
- Nie boję się ciebie - odparłam zdecydowanie.
- Od kiedy jesteś taka pewna siebie?
- Od kiedy wiem, że nie jesteś w stanie niczego mi zrobić.
- Pozwalasz sobie na zbyt wiele, Shelley.
- W co ty pogrywasz, Casper?
- Do zobaczenia, Shelley. Zadzwoń, kiedy nie będziesz miała z kim pogadać - puścił mi oko uśmiechając się zadziornie. Nonszalanckim krokiem, wyszedł ze stołówki.

Było po godzinie osiemnastej. Oglądaliśmy z Harrym nieme filmy z Charlesem Chaplinem. Siedziałam wygodnie opierając nogę o nogę.
- Na pewno nie chcesz iść na ognisko? - zapytał głaszcząc moje włosy. Położyłam głowę w zagłębieniu jego ramienia.
- Nie lubię takich imprez, wiesz to dobrze - skierowałam na niego wzrok. - Z resztą, jestem zmęczona.
- Nie chcę cię do niczego zmuszać, ale przydałaby ci się rozrywka. Jesteś w klasie maturalnej, rozerwij się, odpocznij.
- A pójdziesz ze mną? - spojrzałam w jego wiecznie błyszczące oczy i na jego śnieżnobiały uśmiech, który tylko dodawał sympatii z natury roześmianej twarzy.
- Nie lubię takich imprez, wiesz to dobrze - powtórzył.
Zaśmiałam się.
- I dlatego, mój drogi, jesteśmy zdani na siebie.
Musnął moje wargi.
- Poczekaj chwilę, znajdę coś dla nas.
Weszłam do kuchni. Z jednej z szafek wyjęłam alkohol. Trzymałam w uścisku dwie zgrabne szyjki butelek.
- Co wolisz? - poruszyłam znacząco brwiami.
- Sydney, prowadzę. Nie mogę pić.
- Dzisiaj możesz spać u mnie. Moja matka wynajęła mieszkanie w Hudson, więc i tak nie będzie tutaj nocowała.
Zaczerpnął głośno powietrza.
- Nalej mi szkockiej.
Podszedł do mnie. Objął mnie w pasie. - Kiedyś przez ciebie zwariuję, wiesz?
- Wiem.
Pocałował moje wargi. Przejechał językiem po moich zębach, żeby chwilę później móc dotknąć mojego języka. Tańczyły ze sobą tak szybko, jak szybko biły nasze serca.

Śmiałam się cicho, lustrując wzrokiem śpiącego chłopaka. Delikatnie rozwarł powieki, uśmiechnął się w moją stronę. Spojrzałam się na powód, dla którego nie mogłam powstrzymać śmiechu. Po chwili rozpoznał, o co mi chodzi.
"Powód" był bardzo pobudzony i aż rwał się do góry tak, jakby chciał złapać promienie słoneczne wchodzące przez cienki klin otwartego okna. Harry był przykryty cienkim kocem, przez co jeszcze lepiej było widać jego członka "na wysokościach".
Zawstydził się, a na jego twarzy pojawiły się dwa, malinowe rumieńce. Widząc jego wyraźne zakłopotanie, wybuchnęłam głośnym śmiechem.
- Przepraszam, ale jesteś taki uroczy...
- Coś cię bawi, cukiereczku? - uśmiechnął się szeroko krzyżując ręce na klatce piersiowej. Zadarł wysoko głowę.
- Nie mogę traktować cię poważnie, kiedy mówisz do mnie cukiereczku... Nigdy więcej - mówiłam powstrzymując śmiech.
- Bo co mi zrobisz? - uniósł jedną brew ku górze.
- Bo już nigdy nie wydostaniesz się z tego łóżka - odparłam nieco poważniejszym głosem.
- Jeżeli zostaniesz tutaj ze mną, to czemu nie - przycisnął mnie swoim ciałem. Zbliżył swoją twarz do mojej. Musnął koniuszkiem nosa mój nos.
- Pani Shelley, jest pani bezczelna - wyszeptał.
- A moja bezczelność ciągle rozkwita... - wydął wargi chcąc mnie pocałować, a wtedy zepchnęłam go z siebie.
- Dobry humor?
- Coś w ten deseń. Ubieraj się. Pójdziemy na miasto coś zjeść- rzuciłam w jego stronę dżinsowe spodnie i koszulę.
- Musisz zapraszać mnie do siebie częściej.
- Możesz to sobie wybić z głowy - cmoknęłam go w policzek.
Zdjęłam z półki ubrania, z szuflady wyjęłam bieliznę i poszłam do łazienki, żeby wziąć poranny prysznic.

Poszliśmy do Grate.
Było kilkanaście minut po trzynastej.
- Dzisiaj mam spotkać się z Courtney, bo zapisała nas do komitetu przygotowującego bal - powiedziałam przeżuwając zamówioną wcześniej kiełbasę z musztardą.
Mój gust nigdy nie był specjalnie wyrafinowany.
- Sydney, spójrz - Harry kiwnął głową.
Spojrzałam się za siebie.
W wejściu do Grate stał Casper z nieznajomą kobietą. Już na pierwszy rzut oka widać było znaczną różnicę wieku.
Poczułam, jak robi mi się gorąco, a wszystkie wnętrzności przeradzają się w magmę. Moje oczy zapłonęły gniewnie.
Podeszłam do nich bez skrępowania.
- Co tutaj robisz? - warknęłam starając się zachować spokój.
- Tak Sydney, ja również cieszę się, że cię widzę - uśmiechnął się sztucznie.
- Kto powiedział, że ja się cieszę?
Zmierzyłam kobietę spojrzeniem.
- Bianco, poznaj Sydney. Nie martw się jej zachowaniem, jest nadzwyczaj niekulturalna - zwrócił się do towarzyszki.
Uśmiechnęłam się sarkastycznie.
- Podobno miałeś wyjechać.
- No cóż, zmieniłem zdanie. Co zrobisz - wzruszył ramionami.
- Jesteś dupkiem.
- Sydney, skąd ta gniew, złość? Uważaj, bo nienawiść i miłość dzieli bardzo cienka granica. Z resztą, chyba już się o tym przekonałaś, prawda?
- Casper, nie bądź już taki niegrzeczny - odezwała się brunetka z blond pasemkami przylepiona do chłopaka. W jej głosie słychać było rosyjski akcent.
- Przymknij się - szturchnął ją Casper. - To przykre, kiedy bliska osoba cię oszukuje - spojrzał na Harrego. Brunet nerwowo oblizał wargi.
Przez moje ciało przeszły zimne dreszcze. Z poirytowania, zacisnęłam mocno zęby.
- To przykre, kiedy musisz szukać pocieszenia u trzydziestolatki - warknęłam, po czym wyszłam z lokalu.

***

- Co ty wyprawiasz, stary? - powiedziałem cicho, zaciskając palce na skórzanej kurtce Caspra.
- Lepiej trzymaj ręce przy sobie.
Poluźniłem uścisk.
- Nie wtrącaj się więcej. Wiem co robię. Lepiej zajmij się Sydney.
- Czyli teraz ty spiskujesz przeciwko niej? - zapytałem.
- Wal się - wyraźnie zaakcentował.
Stal jego tęczówek błysnęła groźnie. Odsunąłem się.
- Bądź tutaj jutro o dwudziestej. Musimy pogadać - powiedziałem, po czym dogoniłem Sydney.
________________________________
Nudny, wiem. Nie ma nic w nim szczególnego, wzruszającego - ale nie każdy rozdział ma być "rozklejaczem". W następnym postaram się wyjaśnić kilka spraw :)
gg: 33348455
Może dzięki komentarzom, wstawię nowy rozdział jeszcze w weekend, kto wie... ;)
Pozdrawiam i ściskam, Ameliaxoxo